Mamy prawo do anonimowości! ("Dziennik" vs. Kataryna)
 Oceń wpis
   

Chyba się panowie (i panie) z "Dziennika" nie spodziewali, że ujawnienie tożsamości Kataryny będzie ich kosztowało utratę resztek wiarygodności i sympatii Czytelników (do których, przyznać się muszę, należę i ja -- od jakiegoś czasu starałem się wspierać ten tytuł swoimi złotówkami, w obawie, że spadek sprzedaży spowoduje zniknięcie go z rynku, ze szkodą dla konkurencji).

Zdemaskowanie tożsamości osoby, która z jakichś tam przyczyn podpadła osobie z otoczenia ministra sprawiedliwości i ubeckie szantażowanie w rodzaju "pracuj dla nas, bo oni cię dopadną" to granda niemająca nic wspólnego z etyką dziennikarską. Gratulacje dla śledczych kompetencji "Dziennika" -- faktycznie, patrząc na prawo prasowe Kataryna mogłaby zastrzec anonimowość tylko wówczas, gdyby dla nich pisała, albo gdyby ich informowała -- ale biorąc pod uwagę całokształt (w tym kretyński felieton Cezarego Michalskiego o jeszcze durniejszym tytule ) -- porażka do sześcianu.
(BTW ciekawe czy i ten tekst dostąpi cudownego zniknięcia ze stron Dziennika, podobnie jak niesławny panegiryk poświęcony Jarosławowi Kaczyńskiemu...)

Jeśli nie wiecie dlaczego Robert Zieliński z "Dziennika" może nie lubić Kataryny -- kliknijcie tu.Najsmutniejsze jest to, że obecnie, zamiast posypać głowę popiołem i przeprosić (Katarynę oraz Czytelników -- co poniekąd czynią

Jerzy Jachowicz oraz Piotr Zaremba), "Dziennik" dorabia ideologię, przepytując autorytety na temat anonimowości internautów i ich odpowiedzialności za słowo.
Pod ręką znalazł się m.in. niezawodny Wojciech Sadurski, który już swego czasu sam miał na pieńku z Kataryną (no to znalazła redakcja porozumienie, proponuję jeszcze spytać o opinię Czumów). Ba, znalazł się nawet ks. Boniecki, który też wydaje się rozgrzeszać demaskatorów i lekko przestrzegać szukających zachowania swej prywatności. Jest wreszcie etyk, który przypomina, że anonimowość kochają frustraci.
Jest też omówka (autor: wg), którą mogą przejrzeć ci, którym nie chce się czytać tamtych wywodów.

 

No brawo, zaiste. Za komuny też tak było, że naukawcy 17 województw chwalili, bo tak lepiej było, ale jak Gierek kazał dodatkowe 32 wykroić to jęli natychmiast cmokać z zachwytu, że tak lepiej będzie.

Tymczasem sprawa jest prosta jak konstrukcja cepa. Postaram się to wyłożyć PT Czytelnikom w najprostszych słowach.

Po pierwsze: kto chce, ten Katarynę czyta, a kto nie chce, ten nie czyta. Ja mam subskrypcję RSS z jej blogów, ale rzadko przebrnąłem przez więcej niż 2 zdania jej wpisów. Czy dlatego, że nieznana była mi jej tożsamość? Wcale nie.

Po drugie: jeśli komuś przeszkadza anonimowość piszących w internecie, to ja mam na to doskonałe remedium: nie czytać. Czyżby trafność spostrzeżeń zależała wyłącznie od tego, czy wiemy coś więcej o ich autorze? Czy myśli lepsze byłyby, gdyby tworzył je profesor albo chociaż doktor habilitowany? (BTW Kataryna wydaje się być, jakby na to nie patrzeć, postacią z tzw. "elity" -- więc jak, lepiej dla niej, czy gorzej? A może stąd ta niechęć jej środowiska, która czuje jakąś zawiść albo zgoła ma poczucie zdrady?)

Po trzecie: kto, jak nie dziennikarze współwykreowali mit Kataryny? Polemizowali z nią nie tylko ludzie z "Wyborczej", jej bloga chwalili nie tylko ludzie z "Dziennika" czy "Rzepy". Czyżby wówczas nie wiedzieli, że w zasadzie nie wiemy, kim ona jest? To jak jest z tą anonimowością -- przeszkadza czy nie przeszkadza ona w percepcji wypowiedzi autora?

Po czwarte: ciekawe rozdwojenie jaźni: "Dziennik" proponuje Katarynie współpracę (zapewne za pieniądze, skądinąd czytając to, co ma tam do powiedzenia Jan Rokita nie dziwię się, że szukają świeżej krwi...), a równocześnie obraża ją ustami Michalskiego. Czy to nie jest paranoja?

Osobiście zdecydowałem się na pisanie pod nazwiskiem i firmowania w ten sposób wszystkich wygłupów i połajanek z prostej przyczyny: uważam, że właśnie otwartość najlepiej chroni tożsamość człowieka, ponieważ dzięki temu mogę zbudować zaufanie wśród PT Czytelników (już kiedyś tłumaczyłem: ja Was tu, Drodzy Moi, indoktrynuję ile wlezie, ale nie kłamię, bo wszystko co piszę, rzetelnie piszę -- i nazwiskiem swoim za to ręczę). Ale nie oznacza to, że odmawiam komukolwiek pisania pod pseudonimem i korzystania z dobrodziejstw, które daje (względna, pamiętajmy) anonimowość w sieci.

BTW znam jeszcze parę innych doskonałych blogów pisanych pod pseudonimami, szczerze mówiąc średnio mnie interesuje tożsamość ich autorów, bo teksty bronią się same -- patrzcie na Trystero i Quake -- przecież wystarczy mi poczytać ich trochę, żeby wiedzieć, że wiedzą co piszą -- a czego mi jeszcze trzeba?

Ogólna konkluzja: "Dziennik" zaliczył wtopę na maksa, na pohybel "Dziennikowi". Ale szkoda w sumie.

Komentarze (8)
Pieprzony los... Dorwać anonima
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |

bezczelna reklama:

Firma Prawnicza Lege Artis
www.LegeArtis.org

O mnie
Olgierd Rudak
Jesteś na stronie czasopisma internetowego "Lege Artis", które ukazywało się od 17 listopada 2006 r. do 16 maja 2014 r.
Najnowsze komentarze
2017-05-19 17:26
herk:
88 i 14, liczby przeklęte
kolego, masz powaznie nasrane w bani :) jesli chcesz nam to wmawiac to wypierdalaj do egiptu[...]
2017-05-04 14:33
MĄDRY Z MIASTA:
Dlaczego Citibank zachowuje się jak zwykły phisher?
GŁUPI JASIO(A) ZE WSI, naprawdę jest mi bardzo przykro, że tak po chamsku ludzie traktują twoją[...]
2017-04-08 17:34
MRS VALICIA RENE:
Uważajcie na oszustów sprzedających samochody z UK
Cześć... Jesteś my organizacjĘ ... chrześ cijań sskĘ ... utworzonĘ ..., aby pomóc ludziom w[...]
2017-02-17 12:55
ghjki:
Jak rozwiązać umowę zawartą we własnym domu?
Napisz odstąpienie. To, że nie napisali daty na egzemplarzu pozostawionym w domu, to nie[...]
2017-02-12 06:59
acampora:
Uważajcie na oszustów sprzedających samochody z UK
Witam wszystkich, Nazywam się Gina Acampora żywo w USA i mówię jak najszczęśliwszą osobą na[...]