Nie ma wolności bez wolności (TK o karze za manifestacje)
 Oceń wpis
   

Przyznam, że rozochocony niedawnym orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego byłem pewien, że postępowanie w sprawie pytania prawnego IV Wydziału Grodzkiego SR dla Warszawy-Śródmieścia w przedmiocie konstytucyjności art. 52 par. 1 pkt 2 kodeksu wykroczeń, który penalizuje zwoływanie zgromadzeń bez wymaganego zawiadomienia, zakończy się uwaleniem kolejnego potworka. Niestety, tym razem się nie udało.

Omawiany wyrok z 10 lipca 2008 r. ma sygnaturę P 15/08, a jego sentencja znajduje się tutaj.Zgodnie z cytowanym wyżej przepisem nawet na 14 dni do aresztu może powędrować osoba, która nie dopełni wynikającego z art. 7 ustawy o zgromadzeniach obowiązku powiadomienia organu gminy o planowanej manifestacji. W toku postępowania o ukaranie sprawcy spontanicznie zwołanej pikiety -- poszło o protest w sprawie Doliny Rospudy, który zwołano na wieść o przyjeździe do Warszwy Emanuela Baroso -- wnioskujący sąd powziął wątpliwości, czy przepis ten jest aby zgodny z gwarantującym wolność manifestowania art. 57 Konstytucji RP.

Zdaniem Trybunału -- to smutna wiadomość -- norma penalizująca zwoływanie zgromadzeń, które nie zostały zgłoszone w trybie ustawy o zgromadzeniach, nie jest niezgodna z ustawą zasadniczą.

Ciekawie natomiast brzmią przedstawione w informacji prasowej rozważania odnoszące się do automatycznego uznania zgromadzenia zwołanego w sposób niezgodny z ustawą za kwalifikujące się do rozwiązania przez organ gminy na podstawie art. 8 ustawy o zgromadzeniach. Zdaniem Trybunału sam fakt odbycia takiego zgromadzenia nie uzasadnia uznania go za nielegalne bądź wprowadzenia zakazu jego odbycia. Z tych samych przyczyn nieuprawniona -- zdaniem Trybunału -- jest implikacja wiążąca fakt odbycia takiego zgromadzenia z odpowiedzialnością organizatora:

Niezgłoszenie zgromadzenia jest wyłącznie naruszeniem przepisów porządkowych. Nie powinno powodować uznania, iż samo 'odbycie się' takiego zgromadzenia uzasadniało zakaz jego odbycia czy traktowanie zgromadzenia jako nielegalnego. Sąd pytający wyrażający wątpliwości wobec przepisu przewidującego ukaranie za wykroczenie organizatora (przewodniczącego) zgromadzenia (w wypadku, gdy chodzi o zgromadzenie spontaniczne) wydawał się zakładać, że zastosowanie kwestionowanego przepisu prowadzić może nieuchronnie tylko do ukarania obwinionego. Organ orzekający o wykroczeniu zawsze może ustalić, czy czyn w ogóle zawiera znamiona wykroczenia, a następnie, czy jest społecznie szkodliwy, w końcu, czy osoba podlegająca ukaraniu ponosi winę za swój czyn. Jeżeli przesłanki te nie będą spełnione, organizator (przewodniczący zgromadzenia) nie będzie ukarany.

Mądrym i ważnym tym słowom (staram się to napisać najmądrzej jak potrafię) towarzyszy jednak kuriozalny lapsus, który wychwyci każdy student drugiego roku prawa, albo wytrawny polemista usenetowy, który już wie, że nałożona na kogoś powinność nie zawsze wiąże się z sankcją za niedopełnienie obowiązku. Zdaniem bowiem Trybunału:

Skoro (...) istnieje obowiązek zawiadomienia, niezbędna jest w takim wypadku norma, przewidująca odpowiedzialność za nieprzestrzeganie tego nałożonego ustawą obowiązku.

(a ja się zastanawiam ileż to nakazów i obowiązków nie jest wspartych stosowną sankcją?...)

Wydaje się, że dzisiejszym wyrokiem Trybunał Konstytucyjny mógł zadać kolejny wyłom w demokratycznym państwie policyjnym, bądź też choćby popróbować wyrwać murom zęby krat. A tak skończyło się na utrzymaniu tyranii status quo oraz pouczającym acz niewiążącym sądów rozważaniom na temat zasad odpowiedzialności sprawców w.w. wykroczenia w komunikacie prasowym (ciekawe co z tego zostanie w uzasadnieniu).

Komentarze (0)
Niepokorni blogerzy na szafot (dziś w Iranie, jutro w UE?)
 Oceń wpis
   

Parlament Islamskiej Republiki Iranu -- to doskonały przyczynek do dyskusji na temat tego, co potrafi republikańska władza w imię narzucenia swojej woli po wypędzeniu legalnego monarchy -- ciężko pracuje nad ustawą, zgodnie z którą karane śmiercią będzie propagowanie w internecie 'korupcji, prostytucji i apostazji'. Na przykład na blogu czy innej stronie www.

Celem nowego prawa jest -- to oczywiste, ale zawsze warto przypominać nawet tak oczywiste oczywistości -- zapewnienie jeszcze lepszego bezpieczeństwa dla zdrowej tkanki społeczeństwa.

Krytycy -- a tych nie brak nawet wśród Persów -- wskazują, że odtąd nie będą mogli czuć się pewnie młodzi blogerzy głośno acz często anonimowo wyrażający swoją dezaprobatę dla porządków panujących pod rządami Ajatollacha Chamenei (co ciekawe, internet i blogi są bardzo popularne wśród młodych Teherańczyków, pomimo dość silnej cenzury).
Łamiący zakaz będą traktowani bądź jako wrogowie Boga (mohareb), bądź jako łapówkarze. Zbrodnie te zagrożone są m.in. bezwarunkową karą powieszenia, ucięcia prawej dłoni i lewej dłoni lub wypędzeniem.

Jak widać nie tylko Parlament Europejski i władze Warszawy nienawidzą blogerów -- czasem nawet całkiem zasłużenie (za ten tekst coś uciąć mi się powinno) -- jednak chyba tylko umiłowaniu życia zawdzięczamy, że grozi nam zaledwie odsiadka z art. 212 kodeksu karnego, nie zaś odjęcie członków czy nawet ścięcie. I chociaż dostrzegam dużą różnicę między cywilizowanym 'demokratycznym' procesem o zniesławienie a zbiegowiskiem brodaczy żądnych krwi i sensacji, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że różnimy się tylko metodami zwalczania niepokornych.

Bo sami niepokorni nie mogą się czuć bezpiecznie ani we Wrocławiu, w Brukseli, Nowym Jorku czy Teheranie.

Komentarze (6)
Nie tylko dobro przychodzi z góry
 Oceń wpis
   

Kolejny przyczynek do dyskusji o wolności słowa i wyrazu artystycznego: ocenzurowano wrocławską wystawę Survival, ponieważ jeden z eksponatów źle się kojarzył.

Poszło o tablicę z napisem NIE TYLKO DOBRO PRZYCHODZI Z GÓRY zawieszoną nad bramą prowadzącą do wrocławskiej synagogi Pod Białym Bocianem. Tablica -- jej forma, przypominająca napis znany z Auschwitz -- nie spodobała się rebe Rapaportowi, który zażądał zdjęcia eksponatu, po czym... eksponat zdjęto. (Już widzę stado złośliwych 'Polaków', którym da to asumpt do twierdzenia, że Polska jest krajem wyznaniowym -- a wyznaniem tym jest judaizm...)

Mamy niewątpliwego pecha, że w starciu z tzw. uczuciami narodowymi i religijnymi zdrowy rozsądek zwykle musi ustąpić (por. 'Wyznawcom Ra pod rozwagę', 'Kto się boi Kota Behemota' i 'Z historii głupoty antypolskiej'). W przypadku bramy gmina żydowska jest o tyle w prawie, że jest właścicielem nieruchomości, na której ekspozycja miała się pojawić; mam jednak silne wrażenie, że odwołanie wcześniejszej zgody pod wpływem takiego impulsu jest swoistą małodusznością (i Holokaust nie ma nic do rzeczy!!)

Dobrze dla autora wystawy, że tym razem skończyło się tylko na usunięciu eksponatu, chociaż kto wie -- znając polską naturę -- czy zaraz nie pojawi się ktoś, komu przyjdzie do głowy informować prokuraturę o naruszeniu art. 196 kodeksu karnego.

 

PS Koniecznie poczytajcie też o Nowej Synagodze we Wrocławiu. Ja aż siadłem jak zobaczyłem stary Wrocław z lotu ptaka (koniecznie kliknijcie tutaj!)

PPS na zdjęciu corpus delicti. Zdjęcie autorstwa Piotra Stasiowskiego (zajumane z Gazeta.pl, więc także corpus delicti).

Komentarze (1)
Ks. Twardowski, Józef Mackiewicz - wspólna sprawa?
 Oceń wpis
   
Dzisiejsze wydanie "Rzepy" przynosi dwa ciekawe teksty poświęcone sporom o dorobek twóch wybitnych twórców: Aleksandra Iwanowska, spadkobierczyni ustaniowiona w testamencie przez ks. Twardowskiego, grozi sądami dziecięcym zespołom muzycznym śpiewającym jego poezję, a Nina Karsov-Szechter skutecznie izoluje czytelników od książek Józefa Mackiewicza. (Zabawne, że obu tekstów nie udało mi się znaleźć w internetowym archiwum "Rz", jednak o sprawie ks. Twardowskiego obficie pisze Gazeta Wyborcza - łącznie chyba 4 teksty - zaś o tekście Grzegorza Eberhardta "Wszyscy wrogowie Józefa Mackiewicza" nie sposób znaleźć choćby ćwierć słowa.)

Sprawa schedy po ks. Twardowskim jest prosta od strony prawnej i niezwykle zagmatwana moralnie. Aleksandra Iwanowska, wieloletnia redaktorka i znajoma poety została przezeń ustanowiona jedyną spadkobierczynią praw do wierszy. Niestety, z prawa tego korzysta w sposób co najmniej niejednoznaczny; a w zasadzie całkowicie normalnie: najprawdopodobniej zwietrzyła grubszą kasę i dlatego walczy o swoje na ostro.
Dlatego wezwania abp Życińskiego - jakkolwiek piękne moralnie ("Żądanie pieniędzy za wykonywanie utworów ks. Jana jest głęboko niemoralne i ubliża jego pamięci (...) Czy ktokolwiek może zawłaszczyć dorobek poetycki księdza, który stał się naszą narodową własnością?") - wydaje się być pozbawione podstawowego waloru: podbudowy prawnej.

Sęk w tym, że autorskie prawa majątkowe podlegają dziedziczeniu bez względu na to jak głęboki, ponadczasowy i humanitarny przekaz niosą utwory. Nie ma na to wpływu ani osoba autora (pomimo braku problemu dóbr martwej ręki): ks. Twardowski mógł zadysponować prawami do wierszy w taki lub inny sposób. Nie znam wprawdzie sytuacji rodzinnej ks. Twardowskiego, nie wiem zatem na ile w przypadku braku testamentu miałby zastosowanie art. 932 par. 1 lub art. 934 kc (dziedziczenie przez rodzeństwo bądź zstępnych rodzeństwa), jednak wobec istnienia aktu ostatniej woli dyskusja ta jest bezprzedmiotowa.

Równie dramatycznie wyglądają spory o prawa do twórczości Józefa Mackiewicza.
Rzecz w tym, że - jak pisze G. Eberhardt - umierający poza granicami kraju pisarz nie mógł sporządzić testamentu w formie przewidzianej prawem, lecz ostatnią wolę wyraził w liście, który przez kuriera dotarł w 1982 r. do mieszkającej w Warszawie Haliny Mackiewicz, córki pisarza.
Zgodnie z rozporządzeniem to córce miały przysługiwać prawa do książek na terytorium Polski (na Zachodzie miały one przysługiwać żonie pisarza, która znów przekazała je szefowej wydawnictwa "Kontra", Ninie Karsov-Szechter (stryjence Adama Michnika). Całość problemu jest dość szczegółowo opisana na tej stronie).

Halina Mackiewicz swój list z 1982 r. pokazała kilku przyjaciołom, aby następnie - pamiętajmy, że mówimy o czasach stanu wojennego i o córce pisarza, który był wyklęty przez władze PRL (i chyba nadal jest wyklęty przez część elit) - zniszczyć go. Taka była obawa przed skutkami dostania się papieru w ręce komunistycznej bezpieki. Trzy lata później Józef Mackiewicz zmarł, pół roku później zmarła jego żona - co skwapliwie wykorzystała Karsov-Szechter, ogłaszając się właścicielką całości praw do twórczości Mackiewicza.

Gdyby jeszcze chodziło o pieniądze... Niestety, sposób w jaki Karsov-Szechter korzysta z praw do schedy artystycznej po Mackiewiczu wskazuje, iż jej zamiarem jest radykalne ograniczenie dostępu do twórczości Mackiewicza. Dowodzić tego może choćby fakt, iż nieliczne wydania opatrzone są jej komentarzami "tłumaczącymi" o co naprawdę miało chodzić pisarzowi.

Sprawa spadku po Józefie Mackiewiczu trafiła do sądu, który - opierając się oczywiście na czysto formalistycznym podejściu do problemu (im dłużej do Państwa piszę tym bardziej mierzi mnie to prawnicze szczególarstwo!) - uznał wyłączne prawa Niny Karsov-Szechter do całości twórczości Mackiewicza. Tak jakby nigdy nie istniał list pisarza do córki (oczywiście, w przekonaniu sądu list nie istniał - bo nie można go przedstawić jako dowód w rozumieniu kpc).

Smutny to przypadek kiedy spór o prawa do twórczości artysty kończy się faktycznym ocenzurowaniem jego dziedzictwa.

Bez względu na to czy uznamy Józefa Mackiewicza za pisarza wybitnego czy kiepskiego, czy jego postawa w czasie wojny wyda się nam właściwa czy też przyjmiemy, że w sprawie Katynia nie zachował niezbędnego dystansu, polski czytelnik powinien mieć prawo i możliwość zapoznania się z jego książkami.

Z drugiej strony jestem zdania, że w takich sprawach sądy także powinny częściej sięgać do art. 8 kc, który pozwala zakwalifikować pozornie zgodne z prawem działanie osoby uprawnionej jako nadużycie prawa podmiotowego. Ślepe trzymanie się litery prawa - moje słowa mogą zabrzmieć jak herezja w ustach prawnika, ale proszę się nad tym głębiej zastanowić - może bowiem przynieść skutki równie szkodliwe jak jawne i bezwstydne prawa tego pogwałcenie.
Komentarze (14)
W muszli
 Oceń wpis
   
Rywin Dziś - to gorący news, dlatego daję dziś dwa wpisy, jutro zdarzy się parę nowych rzeczy, więc trzeba pędzić - dziś Sąd Okręgowy w Warszawie wydał wyrok w sprawie z powództwa Lwa Rywina przeciwko "Wprost". Sprawę, dodajmy, która toczyła się wokół muszli; muszli klozetowej, w której wylądowała głowa filmowca.

Poszło o to, że dwa lata temu "Wprost" na swojej okładce... co ja zresztą będę pisał, wystarczy zerknąć co zrobił tygodnik. Lew Rywin poczuł się tym urażony - powiedzmy sobie szczerze, miał do tego prawo - więc oddał sprawę do sądu.
W uzasadnieniu (treści nie znam, opieram się tylko na tym co podają przekaźniki) wskazano, że fotomontaż nie jest satyrą ani krytyką, zaś muszla klozetowa nie jest symbolem korupcji, zatem zabieg taki należy uznać za poniżający i obraźliwy. Nie usprawiedliwiały tego nawet okoliczności korupcyjnej propozycji oraz społeczny odbiór zdarzenia oraz całego zjawiska jakim jest korupcja (hmm biorąc pod uwagę społeczny odbiór - mierzony statystykami łapówkarstwa w Polsce - Lew Rywin powinien zostać sportretowany jako doża wenecki spowity całunem z niebiańskich kwiatów).
W związku z tym nakazano zamieszczenie przeprosin na 3 stronie pisma i wpłacenie 10 tys. zł na schronisko dla zwierząt.

Nie sposób nie podzielić opinii  Cezarego Gmyza. Afera Lwa Rywina to śmierdząca sprawa i nawet jeśli kibelek nie jest symbolem korupcji, to każdy sposób zohydzenia tego zjawiska - byle byłby skuteczny - ma sens. Rywina nikt nie wrobił (to są jego słowa z procesu karnego!), rzekomo działał z własnej nieprzymuszonej woli, musiał się zatem liczyć zarówno z karą jaka go spotkała jak i z tego rodzaju oceną.

Zgadzam się z komentarzem w stu procentach: na diabła nam wolność słowa jeśli w bardzo kontrowersyjnej sprawie nie będzie można przedstawić wizerunku przestępcy w sposób odzwierciedlający stanowisko dziennikarzy? Lew Rywin niewątpliwie jest osobą publiczną, podlega zatem wzmożonej krytyce, krytyka ta bezdyskusyjnie jest zasadna, wynika z okoliczności zdarzenia, a nawet jeśli budzi dyskomfort u sportretowanego, biorąc się za lewe interesy, powinien był przewidzieć takie czy inne reakcje otoczenia.
Komentarze (6)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
O mnie
Olgierd Rudak
Olgierd Rudak, redaktor naczelny i wydawca czasopisma internetowego "Lege Artis". Prawnik, miłośnik ożywionej przyrody, gór, fotografii i psów; posiadacz "prawie" owczarka belgijskiego malinois o imieniu Boss. Z przekonania libertarianin, z wyboru stary kawaler ;-)
Najnowsze komentarze
2012-05-18 07:28
polokolo:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Hmmm.... a ciekawe czy strony prywatne też "podpadają" pod klauzule niedozwolone? Czy je też[...]
2012-05-16 16:07
Polak który ciężką :
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Ty kurwo!!!!!! Jak ktoś próbuje uczciwie zarabiać na chleb ale nie zna milionów przepisów to[...]
2012-05-15 17:07
fat:
Alior Bank: fałszowanie regulaminów, kłamstwa i bałagan
A dzisiaj nie można wypłacić pieniążków bo 'mają awarię systemu' ... nikt nie wie kiedy[...]
2012-05-15 11:38
jamto:
O ptasim mleczku i Ptasim Mleczku® raz jeszcze
Raz jeszcze o Wedlu. Zapraszam do poczytania jak to Wedel klientów w @$#@# robi :)[...]
2012-05-07 16:29
rozek12:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
I kamizelkę kuloodporną w razie zapuszczania się w tereny zalesione- zawsze może znaleźć się[...]
2012-05-07 15:56
handel emisjami:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
No ale obowiązek jazdy na rowerze w kasku mogliby wprowadzić, czemu nie? I w ochraniaczach na[...]
2012-05-04 23:29
2222:
O Pro Bono i jego pełnomocnictwach, wezwaniach, ugodach...
moze zabrac
2012-05-03 10:53
robal_pl:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Akurat swiatla to na prawde powinien miec wlaczone jesli jedzie po drodze. I generalnie[...]
2012-04-30 17:57
rocket00:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
Pani Rakieta? :)
2012-04-30 15:29
zjadacz_mleczka:
Świat wg ACTA (ptasie mleczko tango down)
rotfl dokladnie, pozwac - z banku mozna wydrzec miliony!!! A ja tam chromole wedla w p...e[...]
2012-04-30 14:35
rozek12:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Dajże jakiegoś wpisa Olgierd bo ja (a domniemam że mógłbym użyć "my") czekam wyposzczony.
2012-04-27 14:41
QM music:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
problematic nie jest podstawiony, faktycznie Spółka QM music prowadzi wiele spraw zarówno[...]
2012-04-25 12:38
m852:
Jak pozwać Polbank i nie dać się zwariować ;-)
Mam do Pana pytanie. Zawarłam umowę ubezpieczenia komunikacyjnego z Axa Direct odddział w[...]
2012-04-24 21:13
Alabama:
Świat wg ACTA (ptasie mleczko tango down)
i jak sie to skonczylo?
2012-04-20 18:13
złość:
Zagraj to jeszcze raz na KOBIZE, Sam
dobrze, że tutaj można znaleźć wyjaśnienia Kobize, na oficjalnej stronie już ich nie ma! Jak[...]
2012-04-17 21:10
69motor@gmail.com:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Witam wszystkich Dzisiaj moja małżonka dostałą pismo z w/w "Stowarzyszenia". Podana jest[...]
2012-04-16 14:08
rtyrty:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
to lipa
2012-04-13 09:49
sodoma:
Internet z siedzibą w Warszawie
A do mnie dzwoniła Pani z TPSA i mówiła, że chce ze mną porozmawiać jako z właścicielem internetu :D
2012-04-12 22:02
bartoszcze.of.gazeta:
Internet z siedzibą w Warszawie
Widocznie to w Warszawie ten internet wydrukowali.
2012-04-11 17:02
huxxx:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
myślę, że "problematic" jest podstawiony do pisania takich bzdur!!!!
2012-04-10 20:14
Zołtar :
O Pro Bono i jego pełnomocnictwach, wezwaniach, ugodach...
Pan Puczydłowski nie jest radcą prawnym czy adwokatem nie ma nawet wykształcenia prawniczego,[...]
2012-04-10 15:23
Mathev:
Ostatni dzień na zadbanie o własną prywatność w Google
U była włączona a nie bratam się z google. Samoistnie zadziałała. w każdym razie blog ma nowego[...]
2012-04-10 14:16
Morg_:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
@adam....z Może jakiś rowerzysta przejechał panu posłowi po palcach? ;-)
2012-04-09 20:28
problematic:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
Mój dziadek, który płaci za internet w domostwie gdyż na niego był tel w TP dostał wezwanie na[...]
2012-04-07 01:29
adam....z:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Ale dlaczego tylko rowery? Przecież użytkownicy innych środków poruszania się też sprawiają[...]