Wiele wskazuje na to, że niedługo będziemy świadkami kolejnego gor(sz)ącego sporu z cyklu: czy w imię ochrony pamięci o zmarłych można sądownie wstrzymywać publikację kontrowersyjnej książki.
Kontrowersyjną książką jest "Kapuściński non-fiction" Artura Domosławskiego, natomiast kontrowersje -- jak pisze "Press" -- dotyczą życia Ryszarda Kapuścińskiego. Alicję Kapuścińską, wdowę po doskonałym (to nie złośliwość -- dla mnie Kapuściński jest na panteonie polskiej literatury obok Kisiela i nad Gombrowiczem) reporterze zaniepokoiły zamieszczone w książce informacje uzyskane z archiwum IPN o rzekomej rejestracji pisarza jako agenta polskiego wywiadu oraz zarzuty (powtarzam za "Press"), iż w części reportaży "są elementy niemające związku z rzeczywistością". Czyli że -- mówiąc prostymi słowami -- że część rzeczy była zmyślona.
Z tego względu złożyła w sądzie pozew o zakazanie wydawcy rozpowszechniania książki, a także wniosek o zabezpieczenie powództwa poprzez wstrzymanie jej dystrybucji (zapowiadanej na 1 marca) aż do czasu wydania wyroku w sprawie.
Nie wdając się w spór o to czy Ryszard Kapuściński, podróżując po świecie jako dziennikarz, mógł równocześnie wykonywać zadania wywiadowcze (jego relacja z początku wojny domowej w Angoli jest tak niesamowita, że sam już nie wiem co o tym sądzić) oraz czy zdarzało mu się poprawiać rzeczywistość -- a także czy kontrowersje w takiej książce mogą naruszać dobra osobiste rodziny zmarłego -- muszę konsekwentnie zaprotestować przeciwko zaprzęganiu instytucji zabezpieczenia powództwa w walce z wolnym słowem.
Raz, że jakkolwiek wielkim pisarzem Kapuściński był, dopuszczalne, dozwolone i uprawnione jest badanie i dyskutowanie o jego życiu oraz twórczości. Dwa, że jeśli Artur Domosławski dotarł do materiałów zgromadzonych w archiwach IPN i je rzetelnie opracował, a także zbadał i porównał fakty z opisem, odnajdując nieścisłości -- mógł i może o tym pisać.
Jeśli się mylił -- można z nim polemizować; jeśli skłamał -- gore mu i na pohybel. Ale nie wolno mu zakazywać pisania!
Zdania tego nie zmienię bez względu na to, czy to Domosławski będzie pisał o Kapuścińskim, czy Zyzak o Wałęsie, czy Irving o holokauście, The Guardian ujawniał informacje o Trafigurze albo Dederko kręcił film o Amwayu bądź TVP o Almie.
(Podobnie -- acz z nieco innej perspektywy -- oceniam zamęt wokół wierszy ks. Twardowskiego i książek Józefa Mackiewicza -- na marginesie polecam ciekawy wywiad z pisarzem opublikowany swego czasu w Tysolu.)
Problem w tym, że mamy tu zderzenie dwóch wartości: prawa do obrony dobrego imienia człowieka oraz wolności badań naukowych i wolności słowa -- i chociaż nigdy postawię kategorycznej tezy, iżby wolność słowa wyżej godności stała, sądzę, że w przypadku biografii znanych osób (zakładając rzetelność warsztatu autorskiego, bo nie mogę zakładać inaczej) pierwszeństwo powinna brać właśnie wolność dyskusji i polemiki.
W przeciwnym razie możemy dojść do wniosku, że niepotrzebny jest nam RSiUN i inna zinstytucjonalizowana cenzura -- sprawną cenzurę może zorganizować zwykły pozew o ochronę dóbr osobistych.



