O plagiacie w fotografii ślubnej
 Oceń wpis
   

A więc stało się coś, czego od pewnego czasu się spodziewałem -- i przed czym ostrzegam osoby, które planują wynająć fotografa ślubnego: ma być proces o plagiat fotografii ślubnej.

Schemat jest prosty, nawet jeśli wynika z pewnej nieschematyczności powoda. Oto Rafał Bednarz z Wrocławia (nie znam, zdjęcia sobie pooglądałem, chyba niezłe, ale się nie znam ;-) postanowił wspiąć się ponad żelazny kanon (oni nad stawem w Parku Szczytnickim, ona stoi, on biegnie, oni trzymają się za ręce, oni idą obok siebie, etc. etc.) i -- chcąc jak sądzę pokazać istotę węzła małżeńskiego -- sportretował nowożeńców spętanych postronkiem.
Biorąc pod uwagę to co się sprzedaje (a podobno takie rzeczy się sprzedaje, bo to się podoba...): bardzo nowatorskie, może jeszcze nie Helmut Newton, ale odważne.

Minęło jednak troszkę czasu i się okazało, że równie nowatorski i odważny okazał się inny fotograf ślubny, który pokazał dokładnie taką samą scenkę -- używając do tego jednak całkowicie innych modeli.

Tak to wygląda w naturze: praca Rafała Bednarza po lewej oraz (rzekomy) plagiat po prawej:

pierwszy proces o plagiat w fotografii ślubnejTwórca pierwotnego zdjęcia, uważając, że "naśladowca" (piszę w cudzysłowie, ponieważ nic nie jest oczywiste), naruszył jego prawa osobiste -- splagiatowanie czyjejś twórczości jest chyba najoczywistszym sposobem naruszenia autorskich praw osobistych -- zażądał usunięcia pracy z portfolio, zaś wobec odmowy -- zdecydował się wnieść powództwo.

Tak sobie patrzę na oba te zdjęcia, i myślę, i nic sensownego nie mogę wymyślić.
Raz, że podobieństwo jest faktycznie uderzające; ale -- powiedzmy sobie szczerze -- jak często się dziś zdarza, że patrząc na jakiejś najfajniejsze choćby zdjęcia nie mamy wrażenia "to już chyba gdzieś było..."? Ilość lepszych i gorszych zdjęć jaka nas atakuje każdego dnia z każdego możliwego zakątka internetów jest tak wielka (nawet ja sam mam w tym jakiś tam wkład), że właściwie trudno czasem to ogarnąć i sobie przypomnieć gdzie się jakiś obraz właściwie widziało.

Zresztą upowszechnienie aparatów cyfrowych, które kosztuję tyle, co parę flaszek, doprowadziło do sytuacji, że faktycznie prawnik może się pogubić; wyobraźmy sobie dwie hipotetyczne sytuacje:

  • jadę do Warszawy, idę pod Kolumnę Zygmunta, widzę faceta, który pstryka ów zabytek w taki sposób, który i mi się wydaje rewelacyjny -- zatem podchodzę w to samo miejsce, unoszę aparat pod tym samym kątem... więc jak? zainspirowałem się tylko czy jednak naśladuję -- a jeśli naśladuję, to co naśladuję: obraz, którego przecież nie widziałem, czy jednak proces twórczy? Więc ów zrzut z karty mój będzie, czy jednak lepiej światu tego nie pokazywać, bo jak zobaczy to człowiek, który cyknął obrazek 3 minuty wcześniej, to mnie pozwie?
  • i wariant rozwojowy: widząc jak jakiś człowiek robi sobie tam zdjęcie "z kolumną w tle" proszę kogoś, by -- moim własnym aparatem -- pstryknął i mnie fotkę ku pamięci, jak tylko się ustawię w tamtym miejscu, naśladując pozę poprzedników. Kogo zatem tu naśladuję: człowieka, który wyreżyserował podpatrzoną scenkę, czy jednak autora tamtego zdjęcia? A jeśli tak, to kto jest naśladowcą: ja, prosząc przygodną osobę o naciśnięcie spustu, czy jednak poproszony przechodzeń (który może powinien się zastanowić nad tym co robi)? A jeśli nie ma w tym ani grama plagiatu: to komu przysługiwać będą prawa do obrazu? Mnie, bo wymyśliłem, czy jednak nieznajomemu, bo to on nacisnął spust (a nawet skadrował ujęcie, no i on przecież wybrał moment naciśnięcia spustu -- więc miał jakiś tam wpływ na światło, na scenę...)?

Rozważania te wcale nie są aż tak nieistotne, bo przecież od rozstrzygnięcia tych wątpliwości będzie zależało między innymi to, co mogę uczynić z efektem tej mimowolnej współpracy: czy mogę pokazać zdjęcie w internecie? Czy mogę wysłać je na konkurs? Czy mogę sprzedać je na stocka? 
Przecież jakby na to nie patrzeć w każdym momencie może ujawnić się bądź mój poprzednik, bądź człowiek, który wyzwolił migawkę dla mnie -- i żądać ochrony swoich praw...

Nie inaczej jest z inkryminowaną fotografią. Bo skoro wszystko już było, to przecież nikt nie może mieć pewności, że p. Rafał Bednarz tak naprawdę nie podpatrzył gdzieś tego pomysłu, więc (no offence) strojenie się w piórka s-twórcy byłoby nadużyciem prawa.
No i być może -- tu już będzie wysiłek od strony procesowej -- będzie trzeba udowodnić, że rzekomy naśladowca faktycznie dopuścił się naśladownictwa, a więc miał możność zapoznać się wcześniej z oryginalną pracą (tu ciekawostka: w zależności od tego jaka będzie podstawa roszczenia może się okazać, że właśnie pozwany będzie musiał udowadniać, że jest inaczej -- takie są meandry ochrony dóbr osobistych -- a przecież twórczość artystyczna jest jednym z nich...).

Osobną sprawą jest jeszcze oczywiście kwestia inspiracji, której nie można nikomu zabronić, a która nijak nie uszczupla praw twórcy pierwotnego utworu.

Tak czy inaczej sprawa może być bardzo ciekawa, mam nadzieję, że media będą o niej pamiętać i informować. Ja zaś naprawdę, nie podejmuję się wieszczyć finału.

Komentarze (25)
O Bobie Dylanie co stare zdjęcia przemalował jako swoje
 Oceń wpis
   

Bob Dylan plagiarism plagiat The Asia Series Ciekawe: wernisaż wystawy "The Asia Series" malarstwa Boba Dylana (nie przepadam, nudziarz, w dodatku publikuje wywiad ze sobą na swojej własnej stronie), który miał pokazać co artysta ma do pokazania o swoich podróżach -- skończył się nie lada skandalem.

Okazało się bowiem -- a wyłapali to ludzie o czujnym oku i niezmąconym rozsądku -- że część prac jest zdumiewająco podobna (identyczna!) do zdjęć, które dawno temu zrobił -- ktoś kompletnie inny.
Słowem: wyszło na to, że malując obrazy Bob Dylan dopuścił się zapożyczenia z cudzych prac -- nie wspominając o źródle swej inspiracji -- czyli mówiąc wprost: plagiatu.

I tak obraz zatytułowany "Opium" (dolny prawy kwadracik) jest przemalowanym zdjęciem Leona Busy'ego "Woman Smoking Opium" (po lewej), zaś to, co Dylan nazwał "Trade" jest po prostu tym, co śpiewający i malujący gitarzysta zobaczył na fotografii wykonanej przez H. Cartier-Bressona, i tak dalej, i temu podobne, chciałoby się rzec.

Obserwatorzy podkreślają, że w przypadku obrazów Boba Dylana trudno mówić o jakiejkolwiek inspiracji, cytacie czy czymkolwiek podobnym, co mogłoby uzasadniać -- bądź choćby usprawiedliwiać -- sięganie po cudzą twórczość. Nie, Dylan po prostu naśladuje starych twórców: oryginalna praca jest dokładnie przemalowana, z wiernym zachowaniem kompozycji, perspektywy, układu elementów pracy; w sumie można mówić nawet bardziej o kopii oryginalnych fotografii, niż o plagiacie.

Bo -- wcale nie na marginesie -- warto przypomnieć, że twórcze zapożyczenie z cudzej twórczości wcale nie jest zakazane. Przecież pojęcie opracowania cudzego utworu -- w szczególności, jak podpowiada art. 2 ust. 1 pr.aut. -- tłumaczenie, przeróbka, adaptacja, mają swoje miejsce w świecie sztuki (nie byłoby filmu "Dr. No", gdyby Ian Fleming nie wyraził zgody na tę adaptację). Nie mniej swoim życiem żyją utwory powstałe wskutek inspiracji -- i tu mogę posłużyć się znakomitym przykładem "Na tyłach stacji Saint-Lazare" tego samego HCB, jakże fajnie odświeżoną przez Mike Stimpsona (naprawdę waro kliknąć -- podobnie jak tu, tu i np. tu).

Z drugiej strony: wskutek upowszechnienia się cyfraków każdego dnia robi się tyle zdjęć, że trudno czasem powiedzieć co jest efektem jakiegoś tam własnego patrzenia na świat, a co powstało tylko dlatego, że człowiek obejrzał w życiu setki tysięcy różnych fotek -- i pewnie część z nich osiadła mu na korze mózgowej...

Komentarze (4)
Co ma rejestracja czasopisma do legalizacji jumania
 Oceń wpis
   

Food Chain

[Wpis dla lamerów, stałych P.T. Czytelników uprasza się o poczytanie czegoś innego.]

Godzi się dwa zdania jeszcze poświęcić -- klepię ten temat wcale nie tak rzadko, ale chyba nie dość często jednak -- sposobom na ekstralegalne i bezpłatne korzystanie z czyjejś twórczości. Albo raczej mitom, które narosły wokół zagadnienia: jak się nie narobić, ale jakoś zarobić.

Temat "rejestracji portalu internetowego", co rzekomo ma pozwolić na bezpłatne rozpowszechnianie tekstów pozyskanych metodą CTRL+C, CTRL+V z innych serwisów, powraca w listach do redakcji z zadziwiającą częstotliwością. Bo podobno jest tak, że jak się już ma zarejestrowaną stronę, to można za darmo kopiować treści -- pod warunkiem tylko podania źródła.

Trudno o większą głupotę -- i trudno się dziwić, że na większość listeli pełnych tego rodzaju pytań w ogóle nie odpowiadam (zwłaszcza, że leniuszkom nie chce się nawet użyć szukajki). Zatem będzie po raz ostatni, zbiorczo, w punktach:

  • nie ma czegoś takiego jak obowiązek rejestracji portalu internetowego w sądzie, jest tylko obowiązek rejestracji dziennika lub czasopisma (durne lex sed lex);
  • z obowiązku tego -- które niektórym P.T. Czytelnikom jawi się jak jakieś cudne prawo -- "skorzystać" mogą nie tylko przedsiębiorcy prowadzący działalność gospodarczą. Jest to konsekwencją zasady, że mamy w Polsce wolność prasy -- nie zaś swobodę prowadzenia działalności gospodarczej w zakresie wydawnictwa prasy (na marginesie: co to za wolność prasy, skoro trzeba prasę tę rejestrować -- pod rygorem kary!?);
  • z faktu, że prowadzi się "zarejestrowany portal" nie wynikają żadne fakty w zakresie legalizacji jumania -- o tym co można i kiedy generalnie opowiadają: prawo cytatu, prawo przedruku i przegląd publikacji;
  • i tak, owszem, można sobie pozwolić na przedruk (choćby w sieci) aktualnych tekstów poświęconych tematyce gospodarczej czy politycznej, jednak pod warunkiem, że twórca/wydawca nie zastrzeże, że dalsze rozpowszechnianie jest zabronione;
  • i pod warunkiem, że się twórcy zapłaci normalne honorarium;
  • całkowicie za darmo można co najwyżej -- no właśnie, dla amatorów darmochy jest to "co najwyżej" -- korzystać z cudzej twórczości w zakresie własnej twórczości: tworzyć wyciągi i przeglądy publikacji lub używać cytatów we własnych artykułach (naprawdę, może jeszcze raz odeślę do tekstu, gdzie się dość dokładnie tą tematyką zająłem);
  • no dobrze, można jeszcze korzystać z utworów udostępnionych na jakiejś "wolnościowej" licencji (no i proszę, chciał ktoś mieć fajne zdjęcie psa -- i ma; chciał bloger mieć zdjęcie kataklizmu naturalnego -- i ma; potrzebował Wired zdjęcia aeroplanu -- i ma);
  • reasumując: choćbym wydał nie 40, ale 400 złotych na znaczki sądowe i napisał nie wiem jaki wniosek -- rejestracja czasopisma (nawet wydawanego w internecie) nic mi nie da jeśli chodzi o możliwość zgodnego z prawem cieszenia się cudzą twórczością na stronie mojego własnego serwisu internetowego.
Komentarze (6)
7 z tygodnia (VII)
 Oceń wpis
   

Kościółek w Zieleńcu

  • O wyborach: frekwencja niska, uczeni zdziwieni, bo ten segment władzy przecież "najbliżej nas", bo zaufanie do samorządów nadal duże -- a tu takie mizerne zainteresowanie głosowaniem.
    Mnie to wszystko akurat nie dziwi: samorząd ten nasz powszedni ogólnie wykastrowany jest z kompetencji (i pieniędzy), co nie przeszkadza niejednemu wójtowi grać królewskiej woli. Procedura głosowania wcale nie jest taka prosta, bo jak się dostaje cztery karty zapisane drobnym maczkiem, to łatwo można się pomylić (stąd pewnie rekordowa ilość nieważnych głosów w wyborach sejmikowych), do tego zbędna i niepraktyczna cisza wyborcza pozwala niektórym zapomnieć o niedzielnym akcie strzelistym -- no i te wyniki... Proszę Państwa, oto moim radnym wojewódzkim będzie Jarosław Charłampowicz, który w 2,8-milionowym województwie otrzymał aż 4630 głosów, ale to jeszcze nic, bo Janusz Marszałek otrzymał ich aż 2412.
    Słowem: mamy w radach mnóstwo ludzi, na których w zasadzie nikt nie głosował, co nie przeszkodzi im przez najbliższe 4 lata rozstawiać po kątach wszystko co się rusza;
  • O Trybunale: na 9 lat wybrano 3 sędziów TK, w tym 36-letniego profesorka, którego doświadczenie zawodowe sięga tak daleko jak niegdysiejszy etat w tymże Trybunale (bez obrazy, ale ja naprawdę uważam, że nawet w sądach rejonowych nie powinny orzekać osoby przed 40-tką) oraz innego pana, ostatnio bardziej znanego z tego, że chce pozywać Gazetę Wyborczą -- za to, że dziennikarze napisali, że się do Trybunału nie nadaje (bo nie czytał konstytucji)... W przedbiegach natomiast odpadł Bogusław Banaszak -- bo się okazało, że ma pozew o plagiat książki...
  • O komputerach (świetne): sądy się gubią, a przyczyną ich zguby... informatyzacja! Oto nakupowali im komputerów, w komputerach poinstalowali elektroniczne bazy aktów prawnych, a tu się okazuje, że -- w bazach zdarzają się błędy! I oto okazuje się, że sądy orzekają w różnych sprawach przekonane, że jakieś tam przepisy utraciły moc -- bo tak podpowiada im Lex -- a tu okazuje się, że najprawdopodobniej ustawy nadal obowiązują... i sędzia pisze do wydawcy programu listy z pytaniem: "a dlaczego wydawca myśli, że ustawa utraciła moc?"
    Oczywiście, w świecie idealnym sędzia orzeka na podstawie przepisów, które poznaje z publikatorów -- ale nasz świat idealny to kompletny chaos: biegunka legislacyjna, nowelizowanie ustaw w nowelizacji, ściganie się posłów na liczbę uchwalonych przepisów -- czego skutkiem jest 226 numerów Dziennika Ustaw i przeszło 1800 publikacji w 2009 r. (można to porównać z wynikiem za 2008 r.).
    Nie widzę sposobu na rozwiązanie tego problemu. Raczej nie będzie nim stronka RCL, choćby nie wiem jak urząd ten się starał, ani też obowiązek publikowania urzędowego tekstu jednolitego każdej ustawy raz do roku -- a sceptycyzm mój stąd się bierze, że wiem, że najlepsza baza danych niczym jest bez sensownego mechanizmu wyszukiwania i obsługi. Owszem, ma być nowa ustawa o ogłaszaniu aktów prawnych, ale -- znów -- realizacja nowych przepisów będzie tak dobra, jak pomysły ludzi, którzy to zaprogramują;
  • O Getin Banku: ruszyła sprawa z powództwa śląskiego dziennikarza przeciwko Getin Bankowi. Idzie o to, że parę lat temu człowiek zgubił dokumenty, o czym powiadomił wspaniały ów bank, co jednak nie przeszkodziło nieuczciwemu znalazcy brać na nazwisko dziennikarza kredyty... które spłacać przyszło oczywiście właścicielowi dokumentów (on też musiał się tłumaczyć policji z rzekomych oszustw).
    Tego typu historie -- nawet jeśli bierzemy pod uwagę programową ludzką nieuczciwość (w sumie nic prostszego "zgubić dowód", a następnie, już będąc "ofiarą oszustów" wyłudzać na konto nieistniejących przestępców pożyczki) -- nie powinny się zdarzać. Po pierwsze przypomnę, że nowe plastikowe dowody miały gwarantować stuprocentowe bezpieczeństwo (a te nowe, które wchodzą w przyszłym roku -- dwustuprocentowe), po drugie czego jak czego mógłbym od banku oczekiwać, to poważnego potraktowania dyspozycji "ten dowód osobisty jest spalony";
  • O SKOK-ach: na szczęście nieczęste, ale może się zdarzyć każdemu -- nie umiała Kasa Krajowa SKOK wygrać żadnej sprawy przeciwko Agorze (i nie tylko), które pisały o rzekomych (z ostrożności procesowej) nieprawidłowościach w kasach spółdzielczych -- można spróbować powalczyć osobiście z prawnikiem, który skutecznie reprezentował wydawcę przed sądami. Słowem: niezadowoleni z krótkiego felietonu mec. Rogowskiego, w którym opisał on był perypetie z nie-wykonaniem wyroku przez rzecznika prasowego KK SKOK, zdecydowali się wnieść przeciwko niemu prywatny akt oskarżenia -- co stanowi modelowe użycie art. 212/216 kk.
    Tytułem komentarza można powiedzieć, że w działaniu KK SKOK ************************ [autocenzura];
  • O konowałach: w sumie banał -- dali plamę z zabiegiem, wskutek czego młoda Szwedka leży w śpiączce (i najprawdopodobniej nawet jeśli z niej wyjdzie, to kiepsko będzie wyglądało jej życie), a następnie próbowali fałszować dokumentację i ukrywać dowody. Mnie jednak interesuje ile będzie kolejnych ofiar konowałów, które przecież są wyraźnie zniechęcane przez deklaracje organizatora turystyki medycznej: "Is it safe to use Polish health care? There is still hesitation to accept Polish health care and there are many myths about the health care in former East-European countries. They use obsolete equipment donated by foreign hospitals and medicines with early expiry dates. Outdated equipment, crowded and run-down hospitals. This was true, the hospitals in former East-European contries needed improving."
    Jakby ktoś się tym zmartwił, jest coś pocieszającego: "What if something goes wrong? There are always risks involved in any medical procedure and complications occur. We at Medica Travel will assist you in this event."
    Nic dodać, nic ująć, tylko siąść i płakać;
  • O papudze: podczas zajęć językowych na Uniwersytecie Wrocławskim można oberwać... papugą... rzuconą przez wykładowcę. Nie, nie żywą (albo martwą papugą) -- po prostu zwykłą maskotką, której małe chińskie rączki nadały kształt papugi; nie zmienia to faktu, że zdaniem napadniętej "uderzenie, choćby maskotką, w twarz -- jakkolwiek to brzmi -- jest dla mnie upokarzające i niedopuszczalne" -- i nawet jeśli papuga okazuje się być alter ego nauczyciela, a metoda zaczerpnięta została ze szkoły aktorskiej.
    Pokrzywdzona zażądała przeprosin w "Przeglądzie Akademickim" i... "Gazecie Wyborczej" (to ciekawe, bo mimo, że agresja miała miejsce publicznie, to jednak nie na łamach prasy) oraz zapłaty tysiąca złotych na zbożny cel, w sprawę zaangażował się także rektor UWr...
    Nie mam wprawdzie pewności czy ów straceńczy lot papugi nie jest jej niemym protestem wobec patologii ciążących na polskiej -- wrocławskiej -- nauce (drzewiej był przypadek prof. Nogi, a teraz borykamy się z rektorem Akademii Medycznej oraz prof. Banaszakiem...)

PS bardzo przepraszam, że tekst pokazuje się dopiero dziś, ale... (wstyd się przyznać), przed zatwierdzeniem nie odznaczyłem opcji "ukryty" -- a następnie nie sprawdziłem efektu... Cóż, nawet perfekcyjnym osobowościom zdarzają się błędy...

Komentarze (8)
Eliza Michalik odpowiada (po 3 latach): plagiatu nie było
 Oceń wpis
   

Blisko 3 lata (!) po opublikowaniu króciutkiego tekstu pt. "Eliza Michalik: trzy słowa (po trzy)" odezwała się do mnie... Pani Eliza Michalik we własnej osobie, wyjaśniając, że przedstawione wówczas zarzuty plagiatowania nie opierały się na prawdzie, a wynikały raczej z jej zatargów w redakcji "Gazety Polskiej".

Ponieważ nigdy nie odmawiam nikomu miejsca na łamach Lege Artis w celu wypowiedzenia się na tematy tu opisywane, zdecydowałem się na opublikowanie jej listu do redakcji.

1. Nie zostałam zwolniona z GP za plagiaty: moim zdaniem zostałam zwolniona odkrycie, że ktoś dokonuje malwersacji finansowych i chęć nagłośnienia sprawy. Kiedy się zorientowano, zostałam zwolniona dyscyplinarnie pod wymyślonym pretekstem. Pozwałam za to wydawcę Gazety Polskiej do sądu i wygrałam. Nie tylko wycofano dyscyplinarne zwolnienie, ale również wypłacono mi 10 tys zł odszkodowania.

2. Nigdy nie popełniłam plagiatów opisywanych na stronie Eliza Watch. Proszę sięgnąć do całych tekstów opisywanych na tej stronie,a przekona się Pan, że informacje podawane jako plagiat albo nie są objęte prawem autorskim (jak informacja , że w USA skazano chłopaka za słuchanie  muzyki klasycznej) albo (jak w przypadku rzeczy cytowanych za Jankiem Fijorem, z którym się zresztą prywatnie dobrze znam i lubię) - na końcu tekstu napisałam, że "pisząc artykuł korzystałam z książki Jana Fijora 'Jak zostałem milionerem'". Ale tego dopisku już twórcy Eliza Watch nie zauważyli.

Najlepszym zresztą przykładem mojego rzekomego plagiaciarstwa jest podany na str Eliza Watch tekst w którym umieściłam dane dotyczące sprawozdań finansowych amerykańskich organizacji broniących praw gejów (też nie objęte przecież na miłość boską prawem autorskim) i zestawienie ich z takimi samymi danymi, które znalazły się wcześniej w tekście Rafała Geremka we Wprost.

Najśmieszniejsze jest to, że Geremek, z którym pracowałam w Ozonie sam wydrukował mi swój tekst z Wprostu i położył na biurku, mówiąc "masz tu fajne dane, może ci się przydadzą". Może Pan go zapyta?
Innym przykładem plagiatu jest zacytowanie przeze mnie raportu NIK, dostępnego na oficjalnej stronie NIK i służącemu właśnie temu by go cytować, o stanie polskich dróg.

Niestety miałam pecha i przede mną ktoś zacytował ten sam fragment raportu... Oczywiście oba teksty zestawiono i dowiedziono mi plagiatu, bo w obu tekstach był ten sam fragment raportu NIK......"

Takich kłamstw jest całe mnóstwo, ale nie piszę do Pana, żeby je wszystkie prostować, tylko po to, żeby zwrócić Panu i innym blogerom na konieczność wyrabiania sobie własnych opinii, a nie kierowania się osądami anonimowych internautów, mających w większości przypadków wartość napisu w ubikacji.

Pozdrawiam
Eliza Michalik

Komentarze (19)
1 | 2 | 3 | 4 |
O mnie
Olgierd Rudak
Olgierd Rudak, redaktor naczelny i wydawca czasopisma internetowego "Lege Artis". Prawnik, miłośnik ożywionej przyrody, gór, fotografii i psów; posiadacz "prawie" owczarka belgijskiego malinois o imieniu Boss. Z przekonania libertarianin, z wyboru stary kawaler ;-)
Najnowsze komentarze
2012-05-21 15:42
PAWEŁ W.:
e-Sąd: początek przygody (zakładanie konta w e-sad.gov.pl)
Błędy aż wstyd komentować dalej i poprawiać
2012-05-20 01:54
opinie:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Tak to jest jak poslami sa przypadkowe osoby... a pqrtii Palikota tak jest...
2012-05-20 01:42
opinie:
Pozew o odszkodowanie rozpaczliwą próbą ratowania frekwencji
Ale ten film nie jest wcale taki zły :)
2012-05-19 15:52
kaszuby:
O ptasim mleczku i Ptasim Mleczku® raz jeszcze
Ach ten Wedel kiedy ta firma zajmie się powazniejszymi sprawami. Na swoje zyczenie negatywnie[...]
2012-05-19 15:45
kaszuby:
"Słynne masło roślinne"
Masło roślinne to w sumie olej roślinny. A więc wg mnie jedno można podciągnąc pod drugie..
2012-05-19 15:39
pozyczka:
Alior Bank: fałszowanie regulaminów, kłamstwa i bałagan
Ten bank o klienta jakością obsługi starał się tylko na początku, teraz to już na pewno nie[...]
2012-05-19 15:29
emerytury:
O zrównaniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn
Tylko problem jest taki, że część ludzi wogolę nie odkładałaby pieniądzy na emeryturę. Albo[...]
2012-05-18 07:28
polokolo:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Hmmm.... a ciekawe czy strony prywatne też "podpadają" pod klauzule niedozwolone? Czy je też[...]
2012-05-16 16:07
Polak który ciężką :
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Ty kurwo!!!!!! Jak ktoś próbuje uczciwie zarabiać na chleb ale nie zna milionów przepisów to[...]
2012-05-15 17:07
fat:
Alior Bank: fałszowanie regulaminów, kłamstwa i bałagan
A dzisiaj nie można wypłacić pieniążków bo 'mają awarię systemu' ... nikt nie wie kiedy[...]
2012-05-15 11:38
jamto:
O ptasim mleczku i Ptasim Mleczku® raz jeszcze
Raz jeszcze o Wedlu. Zapraszam do poczytania jak to Wedel klientów w @$#@# robi :)[...]
2012-05-07 16:29
rozek12:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
I kamizelkę kuloodporną w razie zapuszczania się w tereny zalesione- zawsze może znaleźć się[...]
2012-05-07 15:56
handel emisjami:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
No ale obowiązek jazdy na rowerze w kasku mogliby wprowadzić, czemu nie? I w ochraniaczach na[...]
2012-05-04 23:29
2222:
O Pro Bono i jego pełnomocnictwach, wezwaniach, ugodach...
moze zabrac
2012-05-03 10:53
robal_pl:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Akurat swiatla to na prawde powinien miec wlaczone jesli jedzie po drodze. I generalnie[...]
2012-04-30 17:57
rocket00:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
Pani Rakieta? :)
2012-04-30 15:29
zjadacz_mleczka:
Świat wg ACTA (ptasie mleczko tango down)
rotfl dokladnie, pozwac - z banku mozna wydrzec miliony!!! A ja tam chromole wedla w p...e[...]
2012-04-30 14:35
rozek12:
O obowiązkowych przeglądach technicznych rowerów
Dajże jakiegoś wpisa Olgierd bo ja (a domniemam że mógłbym użyć "my") czekam wyposzczony.
2012-04-27 14:41
QM music:
Jeszcze o wezwaniach wysyłanych przez Hapro Media
problematic nie jest podstawiony, faktycznie Spółka QM music prowadzi wiele spraw zarówno[...]
2012-04-25 12:38
m852:
Jak pozwać Polbank i nie dać się zwariować ;-)
Mam do Pana pytanie. Zawarłam umowę ubezpieczenia komunikacyjnego z Axa Direct odddział w[...]
2012-04-24 21:13
Alabama:
Świat wg ACTA (ptasie mleczko tango down)
i jak sie to skonczylo?
2012-04-20 18:13
złość:
Zagraj to jeszcze raz na KOBIZE, Sam
dobrze, że tutaj można znaleźć wyjaśnienia Kobize, na oficjalnej stronie już ich nie ma! Jak[...]
2012-04-17 21:10
69motor@gmail.com:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
Witam wszystkich Dzisiaj moja małżonka dostałą pismo z w/w "Stowarzyszenia". Podana jest[...]
2012-04-16 14:08
rtyrty:
Stowarzyszenie Lexus i jego prokonsumenckie pozwy
to lipa
2012-04-13 09:49
sodoma:
Internet z siedzibą w Warszawie
A do mnie dzwoniła Pani z TPSA i mówiła, że chce ze mną porozmawiać jako z właścicielem internetu :D