2007-01-09 15:30
Zdrowie, pieniądze i seks, a ściśle: choroby, lewa kasa i zboczenia są najlepszą motywacją skłaniającą ludzi do zasięgnięcia opinii u współczesnej Stasi Bozowskiej, która wszystkie te newsy skrzętnie, czy to dzień czy noc, zbiera i serwuje żądnym sensacji.
A że każdy kto coś kiedyś napisał w sieci (aby później sprawdzać statystyki, które są najlepszą recenzją) wie, że na niczym się tak nie zyskuje jak na aktualiach - dzisiejszą lekcję postanowiłem poświęcić pewnemu dziennikarzowi, piłkarzowi, poecie, antyfaszyście, sympatykowi Zielonych, wykładowcy na warszawskiej SWPS (szkoła chyba już usunęła jego wizytówkę ze swojej strony domowej) - Simonowi M.
Problem w tym, że Simon M. jest chory na AIDS, zaś mając świadomość swej choroby współżył z szeregiem kobiet (jak smakowicie napisała dzisiejsza "Rzepa" - "warszawskie punkty prowadzące badania na obecność wirusa HIV przeżywają najazd młodych kobiet") narażając je przez to na groźbę zakażenia. Kameruńczykowi grożą zapewne zarzuty z art. 161 par. 1 kk ("kto wiedząc, że jest zarażony wirusem HIV, naraża bezpośrednio inną osobę na takie zarażenie"), zaś gazety... gazety mają używanie...
W takim momencie nurtują pytania o zagwarantowaną przepisami prywatność i godność każdego człowieka - także podejrzanego czy też oskarżonego o najgorszą zbrodnię. Tymczasem art. 13 prawa prasowego
Art. 13. prawa prasowego
1. Nie wolno wypowiadać w prasie opinii co do rozstrzygnięcia w postępowaniu sądowym przed wydaniem orzeczenia w I instancji.
2. Nie wolno publikować w prasie danych osobowych i wizerunku osób,
przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe, jak również danych osobowych i wizerunku świadków, pokrzywdzonych i
poszkodowanych, chyba że osoby te wyrażą na to zgodę.
3. Ograniczenie, o którym mowa w ust. 2, nie narusza przepisów innych
ustaw. Właściwy prokurator lub sąd może zezwolić, ze względu na ważny interes społeczny, na ujawnienie danych osobowych i wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe. zakazuje publikacji wizerunku oraz danych osobowych takiej osoby, zakaz ten może uchylić prokurator ze względu na ważny interes społeczny.
Tymczasem my o Simonie M. - czytamy, słuchamy, oglądamy jego twarz na zdjęciach, podejrzewam, że lada moment w telewizji zobaczymy migawki spod klinik, gdzie reporterzy będą łapać "na słowo" kobiety wchodzące tam w celu poddania się badaniom. Ale nic nie słyszymy, aby jakikolwiek prokurator zezwolił na publikację zdjęć twarzy Simona M. oraz podanie jego pełnego nazwiska.
Patologia? Oczywiście, samych siebie przeszli dziennikarze Gazety Wyborczej, którzy w tytule swojej notatki wprawdzie dali inicjał, ale już w treści materiału nazwisko M. pojawia się w pełnej krasie. Obłuda? Pewnie i tak, ale na pewno niechlujność. I ciąg do sensacji.
Owszem, sprawa jest bulwersująca, a jak wskazuje literatura prokurator może (a nawet powinien) podjąć taką decyzję właśnie w szczególnie istotnych z punktu widzenia interesu publicznego przypadkach - ale czy ryzyko ostracyzmu oraz poważnego naruszenia prywatności i intymności, na co narażone są obecnie wszystkie osoby kiedykolwiek widziane w towarzystwie M. nie powinno wzbudzić zarówno u dziennikarzy oraz u organów ścigania (zakładając, że zgoda została udzielona) szczególnej ostrożności?!
W ten sposób można wyrządzić więcej krzywd, niż się komukolwiek wydaje - jeśli M. był tak aktywny organizacyjnie, musiał mieć dziesiątki jeśli nie setki znajomych, zaś oni kolejne setki swoich znajomych... Efektu domina nawet nie próbuję domniemywać...
Pisząc o kwestii domniemania niewinności (i płynącej stąd konieczności ochrony prywatności oskarżonych) nie zapominam o prawie opinii publicznej do informacji. Rzecz jednak w tym, żeby realizacja naszych uprawnień nie następowała z rażącym pogwałceniem praw do prywatności innych osób; tu akurat cel nie uświęca środków.
Posypią się zaraz zarzuty, że prawo prasowe jest stare i nie dorasta do naszych czasów, że wskutek desuetudo część przepisów zmarła śmiercią naturalną.Art. 241 par. 1 kk: Kto bez zezwolenia rozpowszechnia publicznie wiadomości z postępowania przygotowawczego, zanim zostały ujawnione w postępowaniu sądowym, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Owszem, zgadzam się z tym, że w 1984 roku (cóż za orwellowska data!) ustawodawca nie przewidział - bo nie mógł - rozwoju technik komunikacyjnych, internetu, telewizji, powstania wolnej prasy (w miejsce istniejących wcześniej środków masowej dezinformacji), co nie zmienia jednak faktu, że prywatność jest nadal prywatnością. Trzeba jednak pamiętać, że nadal obowiązuje art. 241 par. 1 kk, zgodnie z którym penalizacji podlega rozpowszechnianie wiadomości z postępowania - a zatem także nazwiska i wizerunku podejrzanego.
No właśnie, drugi problem to ten cały internet... Technicznie rozpowszechnianie dziś to nie tylko papierowa gazeta, wizerunek to nie tylko przedruk zdjęcia na obwolucie poczytnego magazynu. Gógle pieczołowicie indeksują wszystko co się pojawia w sieci, zaś dzięki linkowaniu (jak powyżej...) nie łamiemy wprawdzie zakazu z art. 13 prawa prasowego - nie dochodzi bowiem do publikowania w mediach wizerunku podejrzanego - jednak linkując do stron, na których wizerunek Simona M. jest rozpowszechniony (nawet jeśli rozpowszechnienie to nie ma związku z zarzucanymi mu czynami - w większości są to strony powstałe wcześniej, w żaden sposób nie odnoszące się do sprawy).
Prokurator nie ma możliwości zamknięcia wszystkich stron gdzie kiedykolwiek padła jakakolwiek wzmianka o Simonie M. (przynajmniej nie w Polsce, może w Chinach), zatem wytropić jego tożsamość jest dziś znacznie łatwiej niż w orwellowskim 1984 roku. Prawie każdy aktywny uczestnik życia społecznego - dziś pojęcie to w znacznej mierze opiera się na internecie (serwisy społecznościowe, fora, blogi) zostawia ślad swojego istnienia. Po Simonie M. śladów takich zostało w google.pl blisko 60 tysięcy... czyli blisko 100 razy więcej niż na temat autora tego bloga!
O tym, że przestępcy potrafią zbierać dane o swoich ofiarach w internecie jakiś czas temu miałem możność się przekonać. Dziś na pewno wszystkie wyszukiwarki trzeszczą w szwach od nazwiska Simona M.
Gdzie w takim świecie pozostało miejsce na prywatność, czy prawo powinno starać się nadążać za zmianami w technice, czy wreszcie cała ta niekontrolowana internetowa zbieranina danych o nas samych nie odbije się kiedyś każdemu z nas czkawką...
A że każdy kto coś kiedyś napisał w sieci (aby później sprawdzać statystyki, które są najlepszą recenzją) wie, że na niczym się tak nie zyskuje jak na aktualiach - dzisiejszą lekcję postanowiłem poświęcić pewnemu dziennikarzowi, piłkarzowi, poecie, antyfaszyście, sympatykowi Zielonych, wykładowcy na warszawskiej SWPS (szkoła chyba już usunęła jego wizytówkę ze swojej strony domowej) - Simonowi M.
Problem w tym, że Simon M. jest chory na AIDS, zaś mając świadomość swej choroby współżył z szeregiem kobiet (jak smakowicie napisała dzisiejsza "Rzepa" - "warszawskie punkty prowadzące badania na obecność wirusa HIV przeżywają najazd młodych kobiet") narażając je przez to na groźbę zakażenia. Kameruńczykowi grożą zapewne zarzuty z art. 161 par. 1 kk ("kto wiedząc, że jest zarażony wirusem HIV, naraża bezpośrednio inną osobę na takie zarażenie"), zaś gazety... gazety mają używanie...
W takim momencie nurtują pytania o zagwarantowaną przepisami prywatność i godność każdego człowieka - także podejrzanego czy też oskarżonego o najgorszą zbrodnię. Tymczasem art. 13 prawa prasowego
1. Nie wolno wypowiadać w prasie opinii co do rozstrzygnięcia w postępowaniu sądowym przed wydaniem orzeczenia w I instancji.
2. Nie wolno publikować w prasie danych osobowych i wizerunku osób,
przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe, jak również danych osobowych i wizerunku świadków, pokrzywdzonych i
poszkodowanych, chyba że osoby te wyrażą na to zgodę.
3. Ograniczenie, o którym mowa w ust. 2, nie narusza przepisów innych
ustaw. Właściwy prokurator lub sąd może zezwolić, ze względu na ważny interes społeczny, na ujawnienie danych osobowych i wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe. zakazuje publikacji wizerunku oraz danych osobowych takiej osoby, zakaz ten może uchylić prokurator ze względu na ważny interes społeczny.
Tymczasem my o Simonie M. - czytamy, słuchamy, oglądamy jego twarz na zdjęciach, podejrzewam, że lada moment w telewizji zobaczymy migawki spod klinik, gdzie reporterzy będą łapać "na słowo" kobiety wchodzące tam w celu poddania się badaniom. Ale nic nie słyszymy, aby jakikolwiek prokurator zezwolił na publikację zdjęć twarzy Simona M. oraz podanie jego pełnego nazwiska.
Patologia? Oczywiście, samych siebie przeszli dziennikarze Gazety Wyborczej, którzy w tytule swojej notatki wprawdzie dali inicjał, ale już w treści materiału nazwisko M. pojawia się w pełnej krasie. Obłuda? Pewnie i tak, ale na pewno niechlujność. I ciąg do sensacji.
Owszem, sprawa jest bulwersująca, a jak wskazuje literatura prokurator może (a nawet powinien) podjąć taką decyzję właśnie w szczególnie istotnych z punktu widzenia interesu publicznego przypadkach - ale czy ryzyko ostracyzmu oraz poważnego naruszenia prywatności i intymności, na co narażone są obecnie wszystkie osoby kiedykolwiek widziane w towarzystwie M. nie powinno wzbudzić zarówno u dziennikarzy oraz u organów ścigania (zakładając, że zgoda została udzielona) szczególnej ostrożności?!
W ten sposób można wyrządzić więcej krzywd, niż się komukolwiek wydaje - jeśli M. był tak aktywny organizacyjnie, musiał mieć dziesiątki jeśli nie setki znajomych, zaś oni kolejne setki swoich znajomych... Efektu domina nawet nie próbuję domniemywać...
Pisząc o kwestii domniemania niewinności (i płynącej stąd konieczności ochrony prywatności oskarżonych) nie zapominam o prawie opinii publicznej do informacji. Rzecz jednak w tym, żeby realizacja naszych uprawnień nie następowała z rażącym pogwałceniem praw do prywatności innych osób; tu akurat cel nie uświęca środków.
Posypią się zaraz zarzuty, że prawo prasowe jest stare i nie dorasta do naszych czasów, że wskutek desuetudo część przepisów zmarła śmiercią naturalną.
Owszem, zgadzam się z tym, że w 1984 roku (cóż za orwellowska data!) ustawodawca nie przewidział - bo nie mógł - rozwoju technik komunikacyjnych, internetu, telewizji, powstania wolnej prasy (w miejsce istniejących wcześniej środków masowej dezinformacji), co nie zmienia jednak faktu, że prywatność jest nadal prywatnością. Trzeba jednak pamiętać, że nadal obowiązuje art. 241 par. 1 kk, zgodnie z którym penalizacji podlega rozpowszechnianie wiadomości z postępowania - a zatem także nazwiska i wizerunku podejrzanego.
No właśnie, drugi problem to ten cały internet... Technicznie rozpowszechnianie dziś to nie tylko papierowa gazeta, wizerunek to nie tylko przedruk zdjęcia na obwolucie poczytnego magazynu. Gógle pieczołowicie indeksują wszystko co się pojawia w sieci, zaś dzięki li
Prokurator nie ma możliwości zamknięcia wszystkich stron gdzie kiedykolwiek padła jakakolwiek wzmianka o Simonie M. (przynajmniej nie w Polsce, może w Chinach), zatem wytropić jego tożsamość jest dziś znacznie łatwiej niż w orwellowskim 1984 roku. Prawie każdy aktywny uczestnik życia społecznego - dziś pojęcie to w znacznej mierze opiera się na internecie (serwisy społecznościowe, fora, blogi) zostawia ślad swojego istnienia. Po Simonie M. śladów takich zostało w google.pl blisko 60 tysięcy... czyli blisko 100 razy więcej niż na temat autora tego bloga!
O tym, że przestępcy potrafią zbierać dane o swoich ofiarach w internecie jakiś czas temu miałem możność się przekonać. Dziś na pewno wszystkie wyszukiwarki trzeszczą w szwach od nazwiska Simona M.
Gdzie w takim świecie pozostało miejsce na prywatność, czy prawo powinno starać się nadążać za zmianami w technice, czy wreszcie cała ta niekontrolowana internetowa zbieranina danych o nas samych nie odbije się kiedyś każdemu z nas czkawką...
Komentarze (5)
Kategoria
zbrodnia i kara



