
Dokładnie dziś mija 10 lat od uchwalenia
Konstytucji Rzeczypospolitej. Wprawdzie osobiście uważam, że sensowniejszą datą do zauważenia byłoby dziesięciolecie wejścia w życie ustawy zasadniczej (opublikowana w Dz.U. nr 78, poz. 483 z 16 lipca 1997 r. weszła w życie 3 miesiące później), ale skoro jest trynd świętowania daty uchwalenia - niech tak będzie.
Powiem tak: nasza Konstytucja mi się nie podoba i nie podobała mi się od samego początku. Pewnie wtedy nie podobała mi się nawet bardziej niż dziś - składam to na karb przyzwyczajenia (w końcu wszystkim nam podobają się melodie, które już raz słyszeliśmy), ale nadal dostrzegam w niej więcej wad niż zalet. Nie podobała mi się na tyle, że w
referendum z 25 maja 1997 r. głosowałem przeciwko; pewnie nadal zagłosowałbym przeciwko - ale jak sądzę z przyczyn zupełnie odmiennych od tych, które skłoniły 47,30 proc. biorących udział w głosowaniu do odrzucenia projektu.
Abyście nie postrzegali mnie wyłącznie jako malkontenta zacznę jednak od pochwał. Bo są też w niej rzeczy fajne.
Po pierwsze wreszcie przyznano, że
ustawa zasadnicza to prawo żywe i może być stosowana wprost, z każdą sprawą nie trzeba czekać na ustawę, która "wypełni" jej "ramowe postanowienia" treścią (art. 8 ust. 2). To co wcześniej wydawało się być li tylko kapitalistycznym miazmatem burżuazyjnej sprawiedliwości zawitało do nas, aczkolwiek nadal w orzecznictwie i literaturze trwa spór o zakres jej bezpośredniego stosowania (por. wyrok SN z 9 lipca 2003 r., IV CKN 320/01).
Na dziś największe problemy budzi sprawa oceny konstytucyjności przepisów przez sądy powszechne orzekające w konkretnej sprawie, a ściśle:
czy sąd może na potrzeby sprawy będącej przedmiotem jego rozpoznania uznać jakiś przepis za niezgodny z konstytucją i na tej podstawie odmówić jego zastosowania, skoro powszechna kontrola konstytucyjności aktów prawnych spoczywa w rękach Trybunału Konstytucyjnego?
Osobiście - jako niepoprawny zwolennik systemu amerykańskiego oraz elastyczności jaką daje system
common law - uważam, że każdy sąd, każdy organ administracyjny powinien mieć obowiązek wzięcia pod uwagę argumentów strony, która powołując się na art. 8 ust. 2 domaga się rozstrzygnięcia wbrew lub ponad przepisom ustawy. Niestety, jestem w mniejszości...
Po drugie
skarga konstytucyjna. Każdy kto uważa, że jego prawa zostały naruszone wyrokiem bądź działaniem władzy może - w sposób określony przepisami - zaskarżyć te przepisy do Trybunału Konstytucyjnego. Można było ją rozpisać w nieco wyraźniejszy sposób, jeszcze troszkę odformalizować oraz jednoznacznie uciąć dywagacje kiedy i od czego można wnieść skargę (sporo wyjaśniło dopiero orzecznictwo TK), ale na szczęście: jest.
Po trzecie
ostateczność orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Wcześniej każdy wyrok TK wchodził, o ile posłowie nie odrzucili go 2/3 głosów. Mogło to prowadzić do paradoksalnej sytuacji, w której prawo niezgodne z Konstytucją - a więc, nie bójmy się tego powiedzieć, prawo niesprawiedliwe - obowiązywało, ponieważ było to na rękę rządzącym. (Proszę koniecznie sprawdzić art. 239 ust. 2 konstytucji!)
Dziś moje wątpliwości budzi tylko art. 190 ust. 3 Konstytucji, zgodnie z którym w wyroku można wskazać inny (nie dłuższy niż 18 miesięcy) termin utraty mocy ustawy oraz wieczny spór czy orzeczenia działają wstecz czy jednak wyłącznie "na przyszłość".
Po czwarte
Konstytucja odchodzi od archaicznego podejścia do praw i obowiązków człowieka.
Stalinowsko-bierutowski wytwór chorej wyobraźni z 1952 r. straszył nas bursami oraz świetlicami (proszę pamiętać, że Rozdział VII obowiązywał aż do 1997 r.), ale co ważniejsze - podkreślali to ówcześni luminarze nauk ustrojowych - prawa te były wyłącznie fasadą.
Nie ma wątpliwości, że jest postęp jeśli chodzi o prawa polityczne i obywatelskie (w PRL, a jakże, obowiązywała wolność sumienia i wyznania, wolność zrzeszania się, zaś państwo umacniało i rozszerzało te prawa - na papierze), ale i w kwestiach praw socjalnych, mimo dużego wodolejstwa i pustosłowia, nie jest najgorzej (tutaj też mam dużo zarzutów, o nich jednak więcej poniżej).
Po piąte
wzmocnienie władzy premiera. Osobiście wolałbym system prezydencki (skoro nie może być w Polsce monarchii, zbudujmy sobie chociaż Biały Dom), z kontrolowanym przez Senat prezydentem jako szefem rządu, z ministrami będącymi wyłącznie pomagierami szefa, ale na bezrybiu i rak rybą jest. (Szczyt marzeń? - 99-osobowa Izba Poselska, 17-osobowy Senat oraz przywrócenie naszemu parlamentowi tradycyjnej nazwy: Sejm - ale o tym może napiszę innym razem.)
Mimo publicystycznych rozważań nadal daleko naszemu ustrojowi do systemu kanclerskiego. Już przykład Jerzego Buzka wskazuje, że mimo sporych możliwości premier może stać się zakładnikiem większości (lub mniejszości) w Sejmie, ale obecny stan należy uznać za lepszy niż wcześniejsze sejmactwo.
Po szóste
sprecyzowany i zamknięty katalog źródeł prawa (art. 87 i następne). Odtąd w zasadzie wiadomo, że władza może wejść nam z butami w życie wyłącznie przy pomocy ustawy, ratyfikowanej umowy międzynarodowej lub rozporządzenia (które też nie może zostać wyciągnięte z kapelusza).
To duży postęp, ponieważ wcześniej było w zasadzie jak kto chciał: jak się minister namyślił to wydawał sobie zarządzenie albo inne uchwały a ludzie musieli się zastanawiać czym to ugryźć. Było z tym sporo zamieszania (proszę zerknąć do art. 241 ust. 6) ale jakoś się udało. Owszem, nadal mamy w obiegu trochę samoistnych bądź opartych na blankietowej delegacji ustawowej rozporządzeń, zdarza się też, że sądy nie odmawiają takim aktom prawnym mocy, ale najgorsze minęło.
Tu może dodam, że plusem jest także wzbudzający 10 lat temu gorące spory art. 90 Konstytucji, zgodnie z którym
Rzeczpospolita Polska może na podstawie umowy międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach. Rzecz w tym - czego nie widzieli histeryzujący obrońcy Ojczyzny - że każda umowa międzynarodowa ma jakiś tam wpływ na naszą suwerenność (nawet ta dotycząca stref połowów dorsza na wodach Bałtyku), jednak zastosowanie tego przepisy jest trudniejsze niż np. zmiana konstytucji i przyłączenie Polski do Białorusi.
Kto nie wierzy niech sobie zestawi art. 90 ust. 2 z art. 235 par. 4.
Tyle o plusach.
Mimo wielu plusów istotne jest, żeby plusy nie przysłoniły nam niewątpliwych minusów. Minus pierwszy to przegadanie:
nasza konstytucja ma 243 artykuły co czyni ją niewątpliwie jedną z dłuższych i trudniejszych do przeczytania ustaw zasadniczych! Minus drugi to przeregulowanie wielu spraw: w konstytucji jest i Rzecznik Praw Dziecka, i Rada Polityki Pieniężnej, i bezpłatna edukacja, i
mnóstwo innych rzeczy, które powinny pozostawać wyłącznie w sferze władzy politycznej, bez jednak podnoszenia do rangi konstytucyjnego dogmatu.
Rzecz w tym, że dopisując te wszystkie cuda do ustawy zasadniczej niejako zamrożono ówczesny stan myśli politycznej: podejście do praw socjalnych rodem z połowy ostatniej dekady ubiegłego stulecia, korporacje zawodowe, Krajową Radę Radiofonii i Telewizji oraz parę innych kwiatków.
Przez to zamrożenie niemożliwe może okazać się prawdziwe odejście od koncepcji państwa totalnego, które wie wszystko, myśli za każdego i ma zdanie na każdy temat, wyręczając w tym pojedyncze jednostki. Mityczna Piąta Rzeczpospolita - a co będę się oszczędzał - rysująca się w mojej wyobraźni, czyli kraj ludzi wolnych, równych i odpowiedzialnych, niewielkiej kleptokracji (o przepraszam, biurokracji), szanująca indywidualizm w każdym ujęciu (gospodarczym ale także nieingerująca w naszą prywatność), może okazać się łabędzim śpiewem, bo na przeszkodzie staną nie tylko zastępy rycerzy przeszłości, ale i właśnie zakonserwowany porządek społeczno-polityczny.
No chyba że uda mi się jeszcze troszkę skutecznie poindoktrynować Moich Wielce Czcigodnych Czytelników.