Afera z wyborczo-samorządowy wrocławskim agitspamem "ku chwale" prezydenta Dutkiewicza -- przypomnijmy, że za wyciek danych osobowych użytkowników wspaniałej Urbancard miał stać Jan Ż., ówczesny asystent Dutkiewicza, rzekomo zwolniony dyscyplinarnie, który w rzeczywistości wylądował na 4 łapkach w jednej z municypalnych spółeczek -- zmierza do pomyślnego finału: do sądu wpłynął akt oskarżenia.
art. 231 § 1 kk: Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego,
podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.W tym miejscu od razu się przyznaję: chociaż mam w sprawie status oskarżyciela posiłkowego, nie interesowałem się tematem specjalnie -- prócz zeznawania na policji, ale to raczej policja się interesowała ;-) -- stąd nie umiem rozwiać wątpliwości: czy sprawcę łapią za przekroczenie uprawnień, jak chce tego "Gazeta Wrocławska", czy też jednak z ustawy o ochronie danych osobowych. Wierzę, że w pierwszym rzędzie chodzi jednak o bezpieczeństwo danych, zaś art. 231 kodeksu karnego może się kłaniać dopiero w następnej kolejności.
Dość rzec, że wyciągnięcie z systemu i zaspamowanie 15840 adresów poczty elektronicznej to niezły wyczyn, aczkolwiek jeśli prawdą jest, że Jan Ż. "nie miał świadomości, by były to dane objęte ochroną danych osobowych" to naprawdę -- można mieć wątpliwości co do kwalifikacji osób zajmujących stanowiska asystenckie przy włodarzach naszego miasta.
z ustawy o ochronie danych osobowych:
Art. 51. 1. Kto administrując zbiorem danych lub będąc obowiązany do ochrony danych osobowych udostępnia je lub umożliwia dostęp do nich osobom nieupoważnionym, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
2. Jeżeli sprawca działa nieumyślnie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
Art. 52. Kto administrując danymi narusza choćby nieumyślnie obowiązek zabezpieczenia ich przed zabraniem przez osobę nieuprawnioną, uszkodzeniem lub zniszczeniem, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. Nie mniej interesujące wydają się potencjalne wątki, o których prasa w ogóle nie pisze, a organy ścigania też pewnie nie do końca się interesują -- bo to i pytania natury raczej politycznej i moralnej:
- na ile w przypadku administratora danych osobowych użytkowników Wrocławskiej Karty Miejskiej (a więc po prostu prezydenta miasta) można mówić o niezachowaniu obowiązków w zakresie zabezpieczenia danych?
- jakimi pieniędzmi zapłacił Jan Ż. za zamówione usługi reklamowe? słowem: czy zapłacił z własnej kieszeni, czy może jednak faktura poszła do komitetu wyborczego?
- jak to jest, że sprawca takiego czynu zamiast wylecieć z pracy dyscyplinarnie ląduje na posadzie w spółce komunalnej -- gdzie ceni się jego profesjonalizm? a może jest to po prostu zwykły układ?
- jakie są kryteria naboru do wrocławskiego urzędu miasta, a dokładnie: jakie należy mieć predyspozycje, by zostać asystentem prezydenta Dutkiewicza, skoro prominentna taka osoba może nie wiedzieć, że dane osobowe podlegają ochronie prawnej?
W zasadzie nie liczę by postępowanie rozwiało tego rodzaju wątpliwości. Mam jednak nadzieję, że cała afera da paru osobom do myślenia -- i to zarówno wśród municypałków, jak i mieszkańców naszego miasta.




Jeśli ktoś jeszcze pamięta 



zachęcam do przeczytania ciekawego tekstu Pawła Krawczyka (