W przedostatnim wpisie poświęconym pewnej wspaniałej umowie międzynarodowej, której nie rozumieją nawet ministrowie zaangażowani w jej opracowanie -- na marginesie: czy tylko ja mam wrażenie, że posłanie ACTA do konsultacji tylko do podmiotów powiązanych z branżą jest równie stosowne, jak konsultowanie wyroku z prokuratorem, z pominięciem tego, co ma do powiedzenia obrońca? -- zabrakło tego, co lubię najbardziej.
Pytania: a nie mówiłem?
Dwa lata temu z okładem, w czasie, gdy premier Tusk i jego konfraternia obmyślali chytry plan cenzurowania polskiego internetu (RSiUN) -- przypomnijmy, że chodziło o powołanie internetowego czegoś, gdzie ginęłyby "nielegalne treści" z sieci -- wiedziałem i mówiłem, że podejmowanie jakiejkolwiek dyskusji z Prezesem Rady Ministrów i dr. Bonim nie ma żadnego sensu, bo to ma tyle sensu, co "przywożę wam pokój!" Neville Chamberlaina (aczkolwiek czy trudno być profetykiem w Polsce?).
Tymczasem minęły dwa lata, przez które pospotykali się, podebatowali, wypili parę palet mineralnej (tak, wiem, kąśliwy jestem), do rad przy drze Bonim powybierali -- a teraz albo hamletyzują, albo do dymisji się podają... całe 1,5 miesiąca od pierwszej zbiórki...
Generalna konkluzja jest taka, że mnie to wszystko trochę śmieszy, a trochę tumani -- no ale jeśli ktoś naprawdę myśli, że można bezkarnie tańczyć z diabłem przy świetle księżyca...



