Żądam 100-procentowych stawek podatkowych!!!
 Oceń wpis
   

The candidate that gave up billboards

Przypomnijmy: trzeba było wybrać Bronisława Komorowskiego na prezydenta, żeby mogły ruszyć zapowiadane liberalne reformy PO, które blokował ś.p. Lech Kaczyński. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że nowemu prezydentowi przypadnie w udziale zaszczytny obowiązek podpisania ustawy... podwyższającej podatek VAT.

Nie będę już się znęcał nad rządem Donalda Tuska i przypominał obietnic poluzowania podatkowego i gospodarczego (np. 3x15%, likwidacja belkowizny), a także innych niewczesnych deklaracji (obowiązek meldunkowy). Nie będę nawet tryumfował "a nie mówiłem" i wyśmiewał się z naiwnych, którzy uwierzyli. Kropka.

Na mój jednak prosty ekonomiczny rozumek (który kazał mi rok temu wymyślić dlaczego Polska nie powinna pchać się na siłę do eurostrefy -- czyżby grecka tragedia potwierdziła moje uwagi?) jest jeszcze jeden, oprócz zwiększania podatków, sposób redukcji deficytu. Mam na myśli zmniejszanie wydatków budżetowych, co może też nie jest społecznie chwytliwe i politycznie ryzykowne, acz na dłuższą metę na pewno bardziej opłacalne i racjonalne (zrównoważony budżet i takie tam neoliberalne historie, które red. Żakowski traktuje jak bajkę o żelaznym wilku...).
Rozumiem, że idą wybory, więc cięcie dopłat do tego całego czegoś podłączonego do budżetu nie wchodzi w rachubę, zaś opozycji będzie o wiele trudniej zarzucać rządowi 1-procentową podwyżkę VAT-u, niż redukcję dotacji do kopalń, KRUS, IPN, ZUS, ETC., ale rząd, który rzekomo miał wizję -- powinien zachowywać się jak wizjoner.

Dodam, że jeśli podwyżka narzutu na sprzedane towary o 1% ma nam dać tyle dobrego, to dlaczego nie podwyższymy tego podatku od razu o dziesięć procent? Albo idźmy dalej: skoro redystrybucja dochodów jest taka dobra, umówmy się, że rząd będzie każdemu zabierał 100% pensji, a następnie całą tę kasę dzielił w niedościgle sprawiedliwy sposób.

Słowem: rządowi gratuluję konsekwencji w niekonsekwencji. Trudno o większe oszustwo.

PS na zdjęciu: kandydat, który zrezygnował z billboardów, zaś kandydował dla odblokowania reform.

Komentarze (10)
Czy "po" oznacza to samo co "w"?
 Oceń wpis
   

What a beautiful disaster

Ciekawostka, która niestety dowodzi, że nie tylko felietoniści prasowi, ale i prawnicy miewają problemy z logiką: wydawało się, że w sprawie wrocławskiej rodziny Krzywdów już-już nastąpiło przełamanie, lecz się okazało, że to zwrot nie przełamanie.

Sęk w tym, że jak wychwycił chytry pełnomocnik rugowanych kułaków i obszarników -- ton mówienia o nieszczęsnej inwestycji uprawnia mnie do stosowania takich przerysowań -- decyzja wojewody dolnośląskiego w przedmiocie lokalizacji infrastruktury (to pod ową infrastrukturę wywłaszcza się opornych Krzywdów) dotyczy "zagospodarowania terenu po północnej stronie stadionu piłkarskiego Euro 2012 we Wrocławiu", podczas gdy w odpowiednim rozporządzeniu mowa jest o "zagospodarowaniu terenu w północnej stronie stadionu piłkarskiego Euro 2012 we Wrocławiu".

Prawnik przytomnie -- za to mu płacą, żeby był przytomny -- dostrzegł różnicę między "po" i "w", widzi też ją każdy, kto rozumie język polski -- zaś urzędnicy dali sprawę do zbadania swoim prawnikom, jednak wychodzą z założenia, że "różnica nie ma znaczenia". Używają przy tym argumentu "na zdrowy rozum": parkingu nie da się zbudować na stadionie, więc spór o przyimek nie ma sensu. Mój zdrowy rozum mówi mi wprawdzie, że "na stadionie" nie oznacza "na boisku" -- np. na wrocławskim Stadionie Olimpijskim są miejsca do postawienia aut i na pewno są one w obrębie stadionu (ale nie na boisku) -- ale przecież mogę się mylić bądź ulegać złudzeniom.

Na marginesie warto w tym miejscu przypomnieć tym wszystkim, dla których "po" oznacza dokładnie to samo, co "w", że polska -- wcale nie tak stara -- historia stosowania prawa zna spór o wydawać by się mogło bardziej błahą rzecz czyli banalny przecinek. Sprawa przecinka w art. 156 par. 1 pkt 2 kodeksu karnego zawędrowała nawet do Trybunału Konstytucyjnego, który -- o zgrozo -- przyznał rację czepialskim, więc następnie parę zamkniętych spraw trzeba było odkręcać, kogoś pewnie uniewinniono, komuś na pewno zmieniono kwalifikację czynu, roboty miał z tym trochę Sąd Najwyższy... ergo nie da się powiedzieć: to nieważny szczegół, róbmy swoje.

PS Na zdjęciu znana pomyłka inżynierska, ciekawe kiedy przyjdzie urzędnik i zacznie to odkręcać.

Komentarze (3)
Zleceniobiorca pełnomocnikiem sądowym -- ależ tak!
 Oceń wpis
   

W "Prawnej" kolejny histeryczny tekst: fikcyjni zleceniobiorcy reprezentują strony w postępowaniach sądowych, a sędziowie nie mają narzędzi, żeby sobie z tym poradzić. Wskutek tego przed sądami stają ludzie, którzy nie są do tego powołani ("fałszywi pełnomocnicy") -- ze szkodą dla stron postępowań.
Nic tylko się powiesić.

Problemem (nie dla mnie!) jest oczywiście brzmienie art. 87 par. 1 kodeksu postępowania cywilnego, zgodnie z którym pełnomocnikiem procesowym może być między innymi "osoba pozostająca ze stroną w stałym stosunku zlecenia, jeżeli przedmiot sprawy wchodzi w zakres tego zlecenia". W ten oto sposób do sądu może iść -- za zleceniodawcę -- zleceniobiorca, jeśli sprawa dotyczy materii określonej jego umową. Nie musi być to adwokat czy radca prawny (nie chodzi tu o zlecenie na prowadzenie spraw sądowych -- te w ogóle są wykluczone z dyspozycji art. 87 par. 1 kpc -- por. wyrok SN z 18 sierpnia 2008 r., I PK 51/09 czy uchwała SN z 27 czerwca 2008 r., III CZP 51/08), nie musi być to nawet prawnik -- może zaś być po prostu ktoś, kto na stałe wykonuje jakiegoś rodzaju czynności w oparciu o zlecenie strony.

art. 87 par. 1 kpc:
Pełnomocnikiem może być adwokat, a ponadto współuczestnik sporu, osoba sprawująca zarząd majątku lub interesów strony oraz osoba pozostająca ze stroną w stałym stosunku zlecenia, jeżeli przedmiot sprawy wchodzi w zakres tego zlecenia, jak również rodzice, małżonek, rodzeństwo lub zstępni strony oraz osoby pozostające ze stroną w stosunku przysposobienia.
No i teraz się okazuje, że dopuszczalność reprezentacji przez stałych zleceniobiorców najwyraźniej też kole w oko tych i tamtych: nie ma przepisu, który pozwalałby na weryfikację pojęcia "stałości" zlecenia, pełnomocnik nie ma obowiązku wykazania stałości takiego zlecenia, a to może prowadzić -- jak podpowiada cytowana Pani Mecenas -- do nieważności postępowania ze względu na nieprawidłową reprezentację (art. 379 pkt 2 kpc).

Prawdę mówiąc biorę te strachy za zwykły FUD: zdarzało mi się stawać w sądzie jako pracownikowi chlebodawcy i chociaż pracownikowi bezwzględnie wolno to robić (wystarczy etat, niezależnie od zajmowanego stanowiska czy posiadanego wykształcenia), zdarzało się -- przyznam: nieczęsto -- żądać kopii umowy pracy "pod rygorem". Nie widzę zatem przeszkód, by sądy badały, w ramach art. 87 par. 1 kpc, charakteru umowy wiążącej zleceniodawcę i zleceniobiorcę-pełnomocnika -- i odpowiednio reagowały w odpowiednich momentach.
Co więcej, z problemem tym poradził sobie nawet Sąd Najwyższy dając wskazówkę, iż "Stosunek zlecenia musi mieć charakter stały, czyli chodzi o stosunek prawny ugruntowany, trwający dłuższy czas, wiążący strony ściśle, a nie przypadkowo, okazjonalnie. Z reguły umowa zlecenia zawarta jest na czas nieokreślony, aczkolwiek cechy stałości stosunku zlecenia może mieć także umowa zawarta na czas określony, jeżeli zaprojektowana jest na przyszłość i ma cechy ciągłości." (postanowienie SN z 15 maja 2007 r., V CZ 32/07). Słowem: wystarczy taką umowę zlecenia przeczytać i pomyśleć.

Problem zatem nie polega na tym, że oto nie wiemy co to za zleceniobiorcy pałętają się po sądach, lecz na tym, że ktokolwiek w ogóle się tam pojawia. Zwróćcie bowiem uwagę, że temat się pojawił w przeszło rok po tym, jak już-już była załatwiona (przez palikotową komisję Przyjazne Państwo) sprawa dopuszczenia do postępowań "zwykłych" magistrów prawa -- ale czy to za sprawą zaangażowania się posła Palikota w poważniejsze sprawy, czy to wskutek zwykłej inercji nie tylko przestało się o tym mówić, ale i -- zaczęło odwracać kota ogonem.

Co ciekawe całkiem średnio liberalny ten przepis pojawił się w procedurze cywilnej dopiero w 2005 roku, a właściwie... powrócił po blisko 10-letnim wygnaniu. Otóż możliwość chodzenia do sądu przez zleceniobiorców istniała w pierwotnym tekście kpc (w 1964 r.!) i wycięto ją dopiero w 1996 r. -- zaś późniejsza nowelizacja w zasadzie przywróciła normie brzmienie z czasów tow. "Wiesława". (Na marginesie: ciekawym jak w sprawie kodeksu głosował poseł Stefan Kisielewski?)

Tak czy inaczej wychodzi na to, że co przełknęła władza gomułkowska (i z czym jak widzę peerelowskie sądy nie miały problemu), najwyraźniej kością w gardle staje pół wieku później korporacjom -- i to już jest naprawdę niepokojące.

Komentarze (14)
Vivat bon vivant
 Oceń wpis
   

The sleepers

Temat może i wakacyjno-ogórkowy, ale pośmiać się zawsze warto: jak powiedział min. Adam Rapacki polskie władze są już prawnie i organizacyjnie przygotowane na Euro 2012 (i nie tylko) -- mamy nawet nową ustawę o bezpieczeństwie imprez masowych, zgodnie z którą za wnoszenie alkoholu na stadion można dostać do 2 tys. złotych grzywny -- ale zakaz ten będzie trzeba zawiesić na czas trwania mistrzostw Europy w piłce nożnej.

Przyczyna: "bo w strefach VIP musi być alkohol, inaczej przedstawiciele UEFA sobie tego nie wyobrażają".

art. 56 ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych:
Kto wnosi lub posiada na imprezie masowej napoje alkoholowe,
podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny nie niższej niż 2.000 zł.
Muszę przyznać, że jestem zbudowany opinią wysokiego urzędnika MSWiA na temat wierchuszki UEFA. Po pierwsze ludzie ci lubią to, co lubi każdy zdrowy człowiek, po drugie zasadniczo nie przejmują się prawem -- tj. w takim zakresie, w jakim prawo miałoby im przeszkadzać w tym, co lubią.
Owszem, od zwykłego Polaka-szaraka różnią się tym, że mają możliwość przekonania polskich władz do konieczności częściowych zmian w tym prawie (ciekawym czy będzie wyjątek dla VIP-ów, czy zgodnie z art. 32 ust. 1 konstytucji RP alkohol będzie mógł wnosić i spożywać każdy, bez grama dyskryminacji) -- złośliwy felietonista napisałby, że przecież organizatorzy Euro 2012 mogliby dać przykład jak można przeprowadzić rozgrywki bezalkoholowe -- ale jakby na to nie patrzeć dzięki tym słowom ministra Rapackiego czuję jakąś podskórną więź z p.p. M. Platinim, G. Lato et consortes.

Słowem: vivat bon vivant, vivat zdrowy rozsądek.

PS na ujęciu powyżej: loża VIP-ów na wrocławskim Placu Grunwaldzkim. Tradycyjnie można se kliknąć i zobaczyć w lepszym powiększeniu.

Komentarze (9)
Mądry Polak po lipdubie?
 Oceń wpis
   

Hey, I'm dancing like my Daddy!

Takie informacje nieodmiennie przyprawiają mnie o kolkę rozbawienia: studenci Uniwersytetu Wrocławskiego nagrali wspaniały filmik do wspaniałej piosenki (tzw. lipdub -- jak to mogłoby być po polsku? gęboudawek?) -- i chociaż prace produkcyjne trwały 3 miesiące (jak rozumiem z tekstu opublikowanego w Gazeta.pl było nawet jakieś dofinansowanie -- z uczelni?) -- na koniec się okazało, że nie zadbano o prawa do melodii.

Krótkim słowem: wrocławskie żactwo piosenkę po prostu zajumało, a teraz się dziwią, że wytwórnia, która ma do niej prawa -- zareagowała: dostęp do filmiku został zablokowany. Bo -- jak przytomnie stwierdził cytowany przedstawiciel "Drużyny Szermierza" -- "Okazało się, że nie mamy zgody na wykorzystanie piosenki w lipdubie. Jeśli upublicznimy lipduba bez tej zgody, złamiemy prawo".

Sęk w tym, że i owszem: jest coś takiego jak dozwolony użytek, ale nie oznacza to, że w świetle prawa można cokolwiek, gdziekolwiek, z czymkolwiek; dozwolony użytek to nic innego jak jakaś forma korzystania z utworu w sposób określony w art. 23-35 prawa autorskiego -- i dopóki nic nie uda się nam podpasować, dopóty nic nie wolno. Ba, taki lipdub nie będzie także ani cytatem, ani inspiracją -- a wszystko to dlatego, że nie tworzy się własnej piesnki, lecz przykleja cudzą twórczość do własnego obrazu (chciałoby się dodać: a nie mówiłem?)

Może też jeszcze wyjaśnię, uprzedzając komentarze, które już widzę oczyma mojej wyobraźni: ja się wcale z tego nie cieszę i wcale nie uważam, żeby wydawca tracił coś szczególnego na tym, że grupka ludzi pobawi się w ten sposób jakąś pioseneczką. Ale dziwi mnie, że ludzie za coś się biorą, poświęcają temu długie tygodnie pracy, a nie zadbają o dość podstawową sprawę.
No i dziwię się władzom mojej alma mater, że wyłożyła pieniądze na coś, co było tak słabo dograne.

PS na zdjęciu: para tancerzy ;-) na wrocławskim bruku. Też jakby lipdub. Co byście pod to podłożyli? ;-)

Komentarze (18)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
O mnie
Olgierd Rudak
Olgierd Rudak, redaktor naczelny i wydawca czasopisma internetowego "Lege Artis". Prawnik, miłośnik ożywionej przyrody, gór, fotografii i psów; posiadacz "prawie" owczarka belgijskiego malinois o imieniu Boss. Z przekonania libertarianin, z wyboru stary kawaler ;-)
Najnowsze komentarze
2010-07-30 21:30
infolinka:
Żądam 100-procentowych stawek podatkowych!!!
Wizje ma każda ekipa i za każdym razem dowiadujemy się, że wizje to za mało. Żeby[...]
2010-07-30 21:21
Aen Hen Cerbin:
Żądam 100-procentowych stawek podatkowych!!!
Załóżmy, że w pewnym kraju pod światłym przewodnictwem Partii Okupantów mamy jakieś 2 mln sztuk[...]
2010-07-30 20:10
liczydlo:
Żądam 100-procentowych stawek podatkowych!!!
wystarczy że podrożeje paliwo,pra, gaz a cala reszta produktów( w tym takze żywność) tez podrożeje
2010-07-30 16:12
Baś:
Proszę nie reagować na próby wyłudzenia opłat przez AG-REK
Wiadomo czy ktoś to zapłacił? W sumie oni tam mają w regulaminie, że biorą opłatę za[...]
2010-07-30 16:07
PoNgO:
Żądam 100-procentowych stawek podatkowych!!!
@olgierd Pomysł - i owszem - wypłynął od polityków PO ale do jego przeforsowania będą[...]
2010-07-30 15:45
ws-:
Żądam 100-procentowych stawek podatkowych!!!
Czy mógłbym prosić o jakiegoś linka do tej wypowiedzi red. Żakowskiego? Czy to tylko ogólne[...]
2010-07-30 15:10
p.a.w.e.ł.:
Żądam 100-procentowych stawek podatkowych!!!
PO powoli wypełnia obietnice wyborcze. 3x15=45 więc jeszcze czeka nas kilka podwyżek.
2010-07-30 14:46
olgierd:
Żądam 100-procentowych stawek podatkowych!!!
http://news.money.pl/artykul/rzad;podniesie;vat;by;chronic;panstwo;przed;nadmiernym;zadluzeniem[...]
2010-07-30 14:16
ANZELM_CIUMLASA:
Zleceniobiorca pełnomocnikiem sądowym -- ależ tak!
Piszesz, że kazano Ci pokazywać kopię umowy o pracę. A czy te palanty prawnicy w sądzie, nie[...]
2010-07-30 13:56
PoNgO:
Żądam 100-procentowych stawek podatkowych!!!
Cóż, projekt nie wyszedł nawet jeszcze z obrad RM więc poczekajmy na ostateczną wersję. Ja[...]
2010-07-30 13:12
trm:
Żądam 100-procentowych stawek podatkowych!!!
Zapominasz, że są na różne kategorie produktów są różne stawki VAT. Wcale nie muszą ruszać 22%...
2010-07-30 11:15
tyciuni:
Żądam 100-procentowych stawek podatkowych!!!
jest jeszcze możliwość powiększania dziury budżetowej i podejrzewa, że przynajmniej kilka[...]
2010-07-30 09:46
olgierd:
Zleceniobiorca pełnomocnikiem sądowym -- ależ tak!
Ba, z wrocławskich korytarzy znam Panią w Todze z ciemnoniebieską aksamitką, która dopóki Togi[...]
2010-07-29 18:29
kioyo:
Zleceniobiorca pełnomocnikiem sądowym -- ależ tak!
Bez krawata!.. A przewodnicząca zawsze mi mówiła: "proszę wpuszczać tych z krawatem. Klient z[...]
2010-07-29 15:37
mmm777:
Czy "po" oznacza to samo co "w"?
http://www.edwardmusial.info/pliki/centrum_promocji_miedzi.pdf
2010-07-29 13:14
Zyrix:
Zleceniobiorca pełnomocnikiem sądowym -- ależ tak!
Owszem, odwrócili bo jakość usług była często żałośnie niska. Inna sprawa, że wprowadzili[...]
2010-07-29 13:00
olgierd:
Czy "po" oznacza to samo co "w"?
Za wysokie progi na moje skromne nogi...
2010-07-29 11:53
P4trykx:
Czy "po" oznacza to samo co "w"?
Lepsza dyskusja jest teraz o słowo "bezpieczeństwo" prowadzona między Maciarewiczem a resztą świata.
2010-07-29 10:06
olgierd:
Zleceniobiorca pełnomocnikiem sądowym -- ależ tak!
Dlatego ja zwykle chodziłem do sądu bez krawata (a czasem nawet bez marynarki) -- żeby się nie[...]
2010-07-29 09:35
Zyrix:
Zleceniobiorca pełnomocnikiem sądowym -- ależ tak!
I tak nie jest jasne who is who. Już parę razy zdarzyło mi się wysłuchiwać żali na to jak[...]