Klimaty z życia wzięte lubię przebardzo.
Oto parę lat temu jakiś przewalacz przewalił parę osób, o czym pisała prasa, pisząc o nim (imię i inicjał zmyślony) per Jan K. w tekstach, które można streścić jako "Podawał się za urzędnika skarbowego, wyłudził mnóstwo pieniędzy".
Minęło coś koło 100 miesięcy i Jan K. postanowił zwrócić się do redakcji jakiegoś tam portalu z pokorną prośbą o usunięcie artykułu poświęconego jego wyczynom (to nie będzie dosłowny cytat, ale mniej-więcej odda sposób argumentacji): "Proszę o usunięcie artykułu "Podawał się za urzędnika skarbowego, wyłudził mnóstwo pieniędzy", ponieważ opisywane zdarzenia miały miejsce kilka lat temu, w 2008 r. został wydany w tej sprawie wyrok, a więc artykuł jest oszczerstwem i godzi w moje dobre imię. Przez takie pisanie straciłem pracę i koledzy mnie odstąpili. Jeśli nie usuniecie go w 24 h, będzie pozew do sądu, już byłem u prawnika".
Adresat (z moją pomocą) odpisuje, że niestety, ale prawda po to jest prawdą, by o niej mówić, więc żaden tekst nie zostanie usunięty. Bo i racja: jeśli byłoby tak, że wystarczałoby zawołać "pobite gary!" i na tej podstawie żądać usunięcia przez media każdej zaprzeszłej nawet informacji, to... to w sumie jakiś pociotek Hitlera mógłby dziś zażądać od historyków, żeby się wreszcie od prapradziadka odczepili, bo już swoje odcierpiał, a teraz rodzina chce żyć w spokoju.
Jan K. nie ustaje jednak w wysiłku, żeby przekonać świat o swojej przemianie: "Jak już pisałem jeśli do jutra artykuł nie zniknie, idę na policję. Będziecie żałować."
A niech idzie -- tłumaczę nękanym -- będzie wesoło; raz, że teksty w żaden sposób nie ujawniają jego tożsamości (aczkolwiek tożsamość ujawnia bagaż jego draństwa), dwa, że teksty mówią prawdę, a i przecież nie sposób powiedzieć, iżby pisanie o takich wybrykach nie miało na celu ochrony interesu publicznego ("za działanie w imię uzasadnionego interesu społecznego należy uznać rozpowszechnianie w prasie prawdziwych informacji o pojedynczych faktach lub powtarzających się, zdarzeniach, które dotykają, lub mogą, dotyczyć bliżej nieoznaczonej grupy ludzi względnie całego społeczeństwa i z punktu widzenia tej grupy lub całego społeczeństwa zasługują, na poparcie lub krytykę" -- tak SN w wyroku z 8 lutego 2008 r., I CSK 334/07 oraz "działanie dziennikarza w ramach dozwolonej krytyki służącej interesowi publicznemu prowadzi do wyłączenia bezprawności działania jedynie wówczas, gdy krytyka ma charakter rzeczowy i jest rzetelna" -- tak SN w wyroku z 7 lipca 2005 r., V CK 868/04).
Słowem: jak ktoś jest niezbitym draniem, to generalnie można o tym pisać.
No i widać też jaką to wielką przemianę przeszedł ów przewalacz; ale to jakby inna para kaloszy.
Tym razem Jan K. był już mniej elokwentny; kolejny listel był już w innym tonie ("ale czy pan nie rozumie, że tu chodzi o mnie?").
Ja rozumiem i adresat korespondencji także rozumie. I dlatego właśnie artykuł musi zostać tam gdzie był -- właśnie dlatego, że chodzi o NIEGO -- by każdy następny potencjalny łobuz -- zanim nim zostanie do końca -- mógł się zapoznać ze skutkami swojego draństwa. Taka prewencja jakby.
PS historia jest prawdziwa, ale szczegóły całkowicie zmyślone.




Niech zgadnę - oprócz wałków skarbowych pan Jan K. rozjeżdżał też wały
przeciwpowodziowe? ;) skomentuj
A ja się uprzejmie zapytuję, czy jeżeli Jan K. został skazany prawomocnym wyrokiem
sądowym, to czy można o nim pisać nie ukrywając jego prawdziwego imienia i nazwiska? skomentuj
ponieważ podanie nazwiska do wiadomości publicznej jest jednym ze środków stosowanych
przez sąd (w wyroku). Więc jeśli go nie zastosował -- to nie można.
Durne to, wiem. skomentuj
trochę z innej mańki w podobnej kwestii
http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,9211894,Google_vs__Hiszpania___Bog_przebacza__int
ernet_nigdy_.html skomentuj
Skoro skazany po odsiadce po paru latach zostaje wykreslony z rejestru skazanych,
trudno sie dziwic, ze chcialby rowniez zamknac za soba ten negatywny rozdzial zycia,
wliczajac w to rowniez usuniecie z sieci artykulow ktorych jest, domniemanym ale
jednak, bohaterem. skomentuj
Pomijam, że tekst nie mówił o człowieku z nazwiska, ponieważ nie nazwisko było tam
najważniejsze. Było dokładnie tak napisane: "Jan K.", tyle, że nie Jan i nie K. ;-) skomentuj