Kryminałki
 Oceń wpis
   
§ 1. Urzekła mnie ta opowieść: internetowa połajanka pomiędzy gliną a cebakiem przyczyną zamknięcia policyjnego forum IFP (nie klikajcie, faktycznie nie działa).

Poszło - a jakże! - o ambicje: kto jest bardziejszy. Jak pisze "Wyborcza" funkcjonariusz CBA, były policjant, poczuł się urażony uwagami dotyczącymi rozpieszczania ludzi oczka w głowie PiS oraz zarzutami odnoszącymi się do szpiegowania użytkowników forum. W Biurze lepiej płacą, a z policji przyszedł układ, więc łatwo można poczuć się lepiej - i pokazać to kolegom.

Po IFP płakać nie będę, zaglądałem tam rzadko, głównie dlatego, że część historii brzmiała dla mnie zbyt niewiarygodnie - a do tego czuć było, że koledzy sobie pogrywają. Jednak wiadomość, że przyszedł gajowy ale zamiast wyrzucać łobuzów z lasu, po prostu zabrał im zabawki jest dla mnie newsem dnia.

Jeszcze nie wysechł inkaust na moim tekście dotyczącym praw do postów na forum. Jeśli awantura zajdzie aż tak daleko, będzie jak znalazł.


§ 2. To też jest dobre: prasa donosi, że Temistokles Brodowski, rzecznik prasowy CBA, jeszcze niedawno zajmował się sprzedażą pirackich filmów. Czynił to pod logo Tokles Film, piracki label miał funkcjonować na komisariacie w Wołominie, gdzie był zwykłym gliniarzem.

Brodowski rzecz jasna zaprzecza, Julia Pitera jest oburzona, nie wiem co o tym sądzi ZAiKS i inne organizacje (czy mogą liczyć na życzliwość ze strony organów ścigania?), "Wyborcza" życzliwie przypomina, że sprawcy grozi do 3 lat pozbawienia wolności.
Sprawa pewnie się rozmyje, ale faktycznie zastanawia, że raptem funkcjonariuszom CBA zaczął się palić grunt pod nogami. Jestem ciekaw czy dziennikarze mieli te informacje wcześniej, czy faktycznie dowiedzieli się o tym dopiero w tym tygodniu?

Jasne jest jedno: biedny policjant musiał sobie dorabiać piractwem, dorobiwszy się na lepszej pensji w Biurze wyszedł na prostą. Oto dowód na skuteczność Centralnego Biura Antykorupcyjnego.


§ 3. Źle działo się także w Kancelarii Prezydenta. O tym, że doradca Lecha Kaczyńskiego okazał się być dealerem narkotyków wszyscy już chyba wiedzą, nowością w sprawie jest to, że zdecydował się pozwać kancelarię za naruszenie jego praw pracowniczych.

Jak rozumiem Artur P. stracił pracę wskutek rozwiązania stosunku pracy bez wypowiedzenia z winy pracownika (tzw. "dyscyplinarka"). Uznając, że zastosowanie trybu nastąpiło z pogwałceniem kodeksu pracy, postanowił skorzystać z możliwości, którą daje mu art. 56 par. 1 kp (nie wiem dlaczego "Wyborcza" pisze o żądaniu obejmującym odszkodowanie oraz przywrócenie do pracy - przepis wyraźnie wskazuje, że pracownikowi przysługuje przywrócenie do pracy albo odszkodowanie).

Nie wróżę takiemu pozwowi większych szans. Jestem przekonany, że Artur P. i do tej sprawy wziął sobie profesjonalistę, tenże zaś powinien znać treść art. 52 par. 1 pkt 2 kp, w myśl którego dyscyplinarka może zostać zastosowana także w przypadku popełnienia "przestępstwa oczywistego", niekoniecznie musi być ono potwierdzone prawomocnym wyrokiem.

Orzecznictwo jest tu nieubłagane: pracodawca podejmując decyzję o dyscyplinarnym rozwiązaniu umowy o pracę nie ma obowiązku badania faktu i okoliczności popełnienia przestępstwa przez pracownika. Miarodajne będą dla niego ustalenia stosownych organów, np. o ujęciu na gorącym uczynku, zastosowaniu tymczasowego aresztowania czy postawieniu zarzutów.
Ergo Kancelaria Prezydenta RP mogła wywalić dealera na zbity pysk.
Komentarze (3)
Wpadła gruszka do fartuszka Windows à la carte, z góry...

Komentarze

2007-10-27 13:39:39 | 83.24.160.* | makowski
tokles szmokles [0]
doobre!
ale niezle jest też dziś to
"Walka była ostra, dzięki temu nieruchomości wycenione na blisko 7 mln zł poszły za
ponad 15 mln zł. Takiej przebitki nie uzyskano tylko na jednej dwuhektarowej parceli.
Tę działkę za 1,85 mln zł - tylko 40 tys. zł powyżej ceny wywoławczej - kupiła spółka
Quorum. Należy do prawników z sopockiej Kancelarii..."
http://strachprzed.blox.pl/2007/10/susik-nie-mylic-ze-SKOKiem.html
(jeśli prawdziwe ;-) skomentuj
2007-10-27 21:03:35 | *.*.*.* | Blizna
Re: Kryminałki [1]
Snobka filantropka – wykształciuch w spódnicy

Współczesna demokracja odwzorowuje mentalność kobiet "wyzwolonych"


Regres męskości

Dlaczego Izabela Łęcka zachwycała się trzeciorzędnym artystą (skrzypek Molinari) czy
obleśnym bawidamkiem (Kazio Starski), a pogardzała mężczyzną silnym i szlachetnym
(Stanisław Wokulski)? W "Regresie człowieczeństwa" Konrada Lorenza czytamy: "W
przypadkach, kiedy wybór partnera płciowego należy do samicy, współzawodnictwo samców
polega prawie wyłącznie na rozwinięciu możliwie najbardziej efektywnej >techniki
reklamiarskiejpanie< jako optycznego czynnika wyzwalającego. Wykazano, że za pomocą
sztucznego i przesadnie wielkiego poroża można odciągnąć harem od najsilniejszego
miejscowego jelenia". Wśród zwierząt groteskowa atrapa wypiera autentyczne zalety
tam, gdzie o wyborze partnera decyduje gust samic. Podobnie bywa u wyzwolonych
kobiet. Z dynamicznym rozwojem doktryn socjalistycznych oraz narastaniem w kręgach
akademickich Zachodu popularności Fryderyka Nietzschego szczególnie atrakcyjni stali
się wśród damskiej populacji artyści pokłóceni z "tymi okropnymi mieszczanami". Już
ponad sto lat temu podporządkowana idei postępu selekcja kulturowa wyprodukowała nowe
wzorce męskości i kobiecości. Odcisnęła piętno także na procedurach i instytucjach
politycznych. Proces demokratyczny jako konkurs piękności czy polityka międzynarodowa
jako pacyfizm wydają się mieć wiele wspólnego ze zwyczajami jeleni, choćby ktoś
życzył sobie nazwać ten pogląd społecznym darwinizmem.

Druzylla postępowa

Ruch wyzwolenia kobiet datuje się od czasów rewolucji francuskiej, kiedy to de Gouges
ogłosiła "Deklarację praw kobiety i obywatelki" (1789 r.). Od tamtej pory stał się on
jednym z głównych nurtów ideowych określających siebie jako postępowe. Znamienne
jest, że obchodzony przez nas 8 marca Dzień Kobiet został proklamowany świętem przez
socjalistyczny Międzynarodowy Sekretariat Kobiecy (1910 r.). Choć ruch wyzwolenia
kobiet występował pod różnymi sztandarami politycznymi, wśród intelektualistów
rosnącym uznaniem zaczął się cieszyć w miarę jego sprzęgania się z reformatorskimi i
pacyfistycznymi hasłami lewicy (zwłaszcza po I wojnie światowej). Równocześnie wśród
szerszych warstw inteligencji modna stawała się apoteoza kobiecości. Ale nie tej z
listów Abelarda, poezji Petrarki czy powieści Stendhala, lecz tej awangardowej, która
może być wykorzystana jako narzędzie społecznych zmian. Choć jeszcze Tomasz Mann
przeciwstawiał mrocznemu teologowi Naphcie oświeceniowca Settembriniego,
kontrkulturowy szyk nakazywał już przeciwstawiać mu hybrydę Simone de Beauvoire i
Glorii Steinem. Oczywiście specyficznie kobiecych technik wpływania na mężczyzn
sufrażystki ani nie wynalazły, ani nie unieważniły. Metody te są damskim atutem od
tysiącleci. Jednak gen Liwii Druzylli rozpowszechnił się na masową skalę obecnie - w
dobie wolnego czasu i rozrywki. W społeczeństwie permanentnej zabawy rola kobiety
jest niepomiernie ważniejsza niż w społeczeństwie, w którym dominują cnoty wojskowe.
W miarę łagodnienia, cywilizacja zmienia oblicze z marsowego na niewieście. Dlatego
dziś kobiety mogą stawiać panom żądania, które wymagają od mężczyzn postawy
wykraczającej poza niegdysiejszą rycerskość wobec dam. Ta ostatnia zakłada
fundamentalną asymetrię społecznych ról i dlatego została przez emancypację
zanegowana. W cywilizacji pacyfizmu i ludyczności kobieta staje się - by tak rzec -
artykułem pierwszej potrzeby. Jeśli posiada spryt żony Augusta, potrafi tę sytuację
zdyskontować dużo efektywniej niż pozwalałby się spodziewać postulat
"równouprawnienia". Wrażliwość kobiet zaczyna narzucać cywilizacji kryteria i oceny,
które muszą być przez mężczyzn traktowane ze śmiertelną powagą - pod groźbą zarzutu
dyskryminacji. Wiele kobiet skorzystało więc z okazji do przyspieszonej realizacji
niespełnionych aspiracji - w tym intelektualnych pretensji. Polityczna poprawność
nadawała się do tego idealnie. Za cenę przyswojenia paru sloganów gwarantowała
poczucie wyższości wobec otoczenia zdemaskowanego jako wsteczne. Postęp w
feministycznym przebraniu to budowanie własnego wizerunku poprzez tworzenie
agonicznych relacji z większością społeczeństwa (a nie z własnym otoczeniem, do czego
potrzebna byłaby prawdziwa odwaga). To kłótliwe zwracanie na siebie uwagi. To
pretekst dla besztania wszystkiego, co uchodzi za zdroworozsądkową normę. To potrzeba
dowartościowania zaspokajana techniką ostentacyjnej filantropii, działającej na rzecz
ofiar cywilizacji białych mężczyzn. To altruizm, który sytuuje się na antypodach
chrześcijańskiego miłosierdzia i który agresję maskuje tyradami o wolności. Wchodzi
on dzisiaj w skład ideologii służącej odróżnianiu się nowej dżilasowskiej "nowej
klasy" od "zwykłego człowieka" wyznającego "parafiańskie zabobony" (dwa ostatnie
określenia autorstwa Teresy Hołówki). Ciemiężony proletariat został wymieniony na
dyskryminowane mniejszości, wśród kuratorów których usadowiły się kobiety wyzwolone.
W ten sposób walka o postęp stała się eliksirem na cerę współczesnej elegantki, która
go nie wymyśliła, ale z upodobaniem stosuje. Dla socjalistów feminizm jest
sprzymierzeńcem w walce z konserwatywną aksjologią, dla wielu pań pomysłem na
samoafirmację. Tak oto tolerancja dla społecznych anomalii przestaje być aprobatą dla
dewiacji, a staje się przepustką do klasy nadludzi, którą Nietzsche sytuował wśród
artystycznej bohemy. A której snobce-filantropce nie imponują obrazoburczy artyści?

Altruizm antyklerykalny

Feminizm jest integralnym składnikiem lewicowego bloku ideologicznego, reprodukując
wszystkie jego antypatie i fobie. Nie przypadkiem więc chrześcijaństwo stanowi główny
obiekt jego ataków, jest bowiem postrzegane - słusznie! - przez tę formację jako
substancjalny składnik cywilizacji zachodniej (Marks: "Komunizm zaczyna się wraz z
ateizmem"). Jeśli nawet najżywotniejsza chrześcijańska konfesja - katolicyzm - nie od
razu kojarzy się wyzwolonym kobietom z dyskryminacją, przybierają one antyklerykalną
pozę wraz z absorbcją postępowej frazeologii i płynących z jej stosowania beneficjów
(prowadzenie programów w mediach elektronicznych, możliwość publikowania w
wysokonakładowej prasie, stanowiska akademickie i tytuły naukowe w "Gender Studies",
granty itp.). Niechęć do chrześcijaństwa popłaca. Max Scheler zwrócił uwagę, że
"nienawiść można wyrazić pod pozorem jakiejś formy miłości; miłości do czegoś, co ma
przeciwstawne cechy niż przedmiot nienawiści". Tak właśnie, zdaniem słynnego
fenomenologa, dzieje się w przypadku większości nowożytnych aktów filantropijnych czy
altruistycznych. Są one formą pośrednio wyrażanej agresji wobec miłości
chrześcijańskiej. Agape Scheler charakteryzuje jako duchową, osobistą więź z
konkretnym człowiekiem. O jej wartości nie decyduje materialna korzyść z niej
płynąca, lecz sam fakt zaistnienia. Z serca darowany wdowi grosz ma wielką wartość,
mimo niewielkiej siły nabywczej. Świat, w którym jest więcej miłości, jest przeto
lepszy od świata, w którym jest mniej cierpienia. Dlatego miłości chrześcijańskiej
nie wolno mylić - podkreśla Scheler - z "instytucją charytatywną" czy "socjalizmem".
Tymczasam altruizm i filantropia (gr. filija - miłość, anthropos - człowiek) są za
jednym zamachem miłością do całej ludzkości - czyli do nikogo. "Przy takim
nastawieniu - pisze Scheler - >ludzkość< nie jest bezpośrednio przedmiotem miłości,
lecz zostaje taktycznie przeciwstawiona przedmiotowi nienawiści". Postępowy
humanitaryzm, u źródeł którego leży oświeceniowy dogmat o sprzeczności religii z ideą
społeczeństwa egalitarnego (wolnego od dyskryminacji), jest współczuciem na pokaz,
przypominającym "stare baby, które nawzajem zarażają się szlochem". Dziś każdy nowy
przejaw feministycznej filantropii jest przez lewicę przedstawiany jako bramka
strzelona kapłańskiej drużynie na jej własnym podwórku. Każda zaś próba kojarzenia
historycznych i psychospołecznych uwarunkowań ideowo-politycznej elity z nurtami
myśli antyburżuazyjnej (fr. bourgeois - mieszczanin) postponowana jest złowieszczym
zarzutem "antyinteligenckości".

Mieszczanie do bicia

Wystarczy przejrzeć największe magazyny kobiece, aby zdumieć się ich wrażliwością na
los ekscentrycznych mniejszości. Ale prasa ta z zasady nie współczuje chorym na
stwardnienie rozsiane, nieustannie natomiast graficiarzom dewastującym nasze domy
("artyści"). A jaki jest stosunek tych wydawnictw do zwykłych ludzi? Oto fragment
tekstu "10 powodów, dla których warto mieć wrogów" z wielkiego magazynu, znanego z
promowania tolerancji: "Ukierunkuj agresję. Wrogowie mają duże znaczenie jako
przysłowiowi chłopcy do bicia. Mając ich zawsze pod ręką, możesz wyładować agresję
wtedy, gdy odczuwasz taką potrzebę. Tym sposobem unikasz awantur w rodzinie czy wśród
przyjaciół". Czy walka o prawa mniejszości nie jest graniem na nosie chłopcom do
bicia? Czy dla spoistości własnej grupy nie warto zabawić się w obyczajową
rewolucjonistkę? Czy tego samego te panie uczą swoje dzieci - dla odprężenia bicia
innych dzieci? Ile dla tego środowiska rzeczywiście znaczy los zmęczonej, zaniedbanej
i wierzącej w "parafiańskie zabobony" włókniarki, w której rodzinie rzeczywiście
dochodzi do przemocy? Wydaje się, że tyle, co kultura Pigmejów, za którą zresztą
kobiety wyzwolone dałyby się przed kamerami posiekać. Nie potrzeba szkła
powiększającego, aby dostrzec w tym gigantyczną hipokryzję. Wyemancypowane panie
przyznają się do niej otwarcie (z poczucia bezkarności raczej niż z rozsądku). Piszą
to, czego niejeden subtelny apologeta lewicy nie śmiałby wyszeptać, ale co chętnie
zaakceptuje w myśl zasady "wrogowie naszych wrogów są naszymi przyjaciółkami".

Esse est percipi

"Istnieć to być postrzeganym" - to teza skrajnego idealizmu subiektywnego, która
przy okazji nieźle streszcza psychologię wielu kobiet i demokratycznych polityków. W
tym pierwszym przypadku zwracanie na siebie uwagi stało się racją istnienia. Jak
bowiem wytłumaczyć tak ogromne stłoczenie pań wokół zawodów modelki, aktorki czy
telewizyjnej prezenterki? Podobnie z politykami. Kogo publiczność nie widuje, ten w
politycznym obiegu nie istnieje. Dlatego podstawową sprawnością demokratycznego
polityka jest autoreklama. To nie przypadek, że narodzinom demokracji w starożytnej
Grecji towarzyszyło powstanie kasty specjalistów od retoryki i reklamy - sofistów.
Kto choć trochę interesuje się współczesną humanistyką, wie, jak istotną rolę odgrywa
w niej nawrót do klasycznej sofistyki, przeciwstawianej sokratejskiemu
"racjonalizmowi fallokratycznemu". Jak twierdzi Jean-Francois Lyotard, jeden z
czołowych autorów ponowoczesnych, refleksję polityczną charakteryzuje dziś "radykalny
feminizm antyfilozoficzny". Kulturowym wzorcem staje się "mała dziewczynka" - byt,
niczym sofiści, beztroski w podejściu do prawdy. Sokratejskość jako strażnik twardego
rygoru logiki formalnej, cnót obywatelskich i rycerskich - Sokrates służył w formacji
hoplitów - okazuje się zagrożeniem dla społeczeństwa dyskotekowego. Surowe zasady i
kategoryczne oceny psują zabawę, są więc zabronione. Powagę zastępuje śmiech,
tragedię - komedia. Absolut - "Bóg umarł" - staje się bożkiem ironii. Teraz proces
demokratyczny zakorzeniony ma być nie w męskiej elicie peryklesowej polis, ale w
rewolucyjnej "topologii sił erotycznych" (Lyotard). Czynnik ten określa dynamikę
systemu politycznego jako procesu permanentnej emancypacji. W praktyce rozmiękczenie
politycznych gustów i kryteriów wyboru powoduje, że władza przestaje być obowiązkiem,
zaszczytem i służbą, a staje się wysokim miejscem na grzędzie, gdzie lepiej widać
nowoczesnego polityka i jego asystentki od równego statusu. Wbrew bombastycznym
zapowiedziom teoretyków nowej polityki, demokracja nabiera cech infantylnego konkursu
piękności. Przesycenie postępową kobiecością wydobywa z demokracji tkwiące w niej od
starożytności elementy groteski.

Salomeizacja świata

Wyemancypowany kaprys raz żąda na tacy głowy Jana Chrzciciela, innym razem daje
fortunę na schroniska dla bezdomnych kotów. Raz za pieniądze podatnika chce ugościć
uchodźców z całego Magrebu, innym razem zrywa ich córkom chusty z głów. Jest
nieprzewidywalny i anarchistyczny. Współcześnie stał się mieszaniną feministycznych
roszczeń - niby to lekceważonych, ale i chętnie dyskontowanych przez wiele kobiet w
życiu codziennym - oraz odwiecznego sprytu niewiast. Do rangi zasady uniwersalnej
podnosi damskie słabości, które dawniej mężczyźni traktowali z przymrużeniem oka. Za
wyrozumiałość i dżentelmenerię kobiety rewanżowały się powściągliwością w histerii.
Dzisiaj to się zmienia. Wystarczy wskazanie palcem, aby aresztować mężczyznę za
molestowanie, a nawet skazać (por. budzący grozę proces w Dzierżoniowie). Skandal,
jak trzeba nazwać stronniczośc sfemninizowanych sądów rodzinnych, zaczyna przenikać
do sądów powszechnych (65 proc. sędziów sądów rejonowych w Polsce to kobiety).
Kobiecy repertuar płaczów, których mężczyźni na ogół nie naśladują, stawia ich na
sali sądowej na z góry przegranej pozycji. Tymczasem polscy progresiści szykują
nowelizację kodeksu karnego, zgodnie z którą mężczyźnie można skonfiskować jego
własne mieszkanie - z hipoteką - na podstawie skargi współmałżonki. Ale kłopoty
czekają nie tylko mężczyzn. Feministyczny resentyment w jeszcze większej skali
potrafi krzywdzić całe rodziny. Doskonale widać to dzisiaj w USA. Tylko w 1998 roku -
na podstawie oskarżeń o molestowanie seksualne i stosowanie przemocy wobec dzieci -
całkowicie sfeminizowane i "sfeministkowane" kuratoria i sądy rodzinne doprowadziły
do odebrania amerykańskim rodzicom 238 tys. dzieci. Dwustu trzydziestu ośmiu tysięcy!
W Ameryce w lawinowym tempie rośnie armia przymusowych sierot, które poddaje się
praniu mózgów w państwowych domach opieki (w których funkcje wychowawcze sprawują
osoby z tego samego ideologicznie nadania). Nawet Stalin i Dzierżyński unikali
podobnych metod. Podobnym zjawiskom w większości liberalnych demokracji towarzyszy
daleko posunięta tolerancja wobec pornografii (brutalność w sferze seksu jest
semantycznie źródłową formą sadyzmu). Jakkolwiek jej obecności w przestrzeni
publicznej powoduje wytwarzanie się wokół niej aury normalności, przeciwnicy
dyskryminacji z reguły oprotestowują każdą próbę jej prohibicji czy marginalizacji.
Także postępowe panie spierają się "naukowo" głównie o to, czy 16-letnie dziecko
("kobieta") jest, czy nie jest za małe, żeby dopuścić filmowanie najbardziej
drastycznych scen z jego udziałem (aby zawrzeć związek małżeński w tym wieku,
dziewczyna potrzebuje zgody rodziców; aby uczestniczyć w filmowaniu zbiorowego gwałtu
na niej - nie; antycenzuralna ideologia seksualnej wolności wyrywa dzieci spod
rodzicielskiej kurateli i oddaje je w ręce sprośnych zbirów - dla dobra dzieci).
Trzeba jednak podkreślić, że zwłaszcza feministki mniej uzależnione od pieniędzy i
mediów nowej lewicy dostrzegają problem pornografii, choć starają się z nim walczyć w
przeciwskuteczny sposób. Jakkolwiek feminizm niejedno ma imię, emancypacyjny idiom
zamiast poskramiać, nakazuje z respektem traktować złośnicę. Odczarowana złośnica
staje się osobowym wzorcem jako kontrkulturowa aktywistka. Odreagowywanie hormonalnej
złości uzyskuje status wyższej formy istnienia. W świecie zachodnim zaczyna dominować
ten typ kobiecości - "niegrzeczne dziewczynki" - który traktowany serio i podniesiony
do prawodawczej rangi infantylizuje rzeczywistość polityczną i rujnuje stosunki
międzyludzkie.

Realność i fikcja matriarchatu

Ideologiczny i obyczajowy matriarchat już istnieje. Ale upowszechnianie się
intelektualnego pozerstwa, do złudzenia przypominającego mentalność literackiej żony
modnej, nie znaczy, że wkrótce nastanie matriarchat w sensie politycznym. Podobnie,
jak nigdy nie będzie realnej pajdokracji. Zza pleców króla Maciusia I i jego
rzeczniczek władzę będzie trzymać postkomunistyczna albo inna mafia. Wagon czekolady
dowolnie przekabaci bowiem wyśniony przez panią Łopatkową parlament dzieci, a
urzędnicze honory zaspokoją apetyty feministek. Prawdziwa władza pozostanie jednak
poza nimi - w rękach zręcznych graczy, którzy z pozoru tylko ustąpili pola łatwo
sterowalnym harcowniczkom. Realizacja lewicowych idei byłaby ekstremalnie trudna z
Bartoszewskim, Rokitą i Wildsteinem, dużo prostsza z łakomą Zosią Samosią. Wyrażane
na łamach prasy nadzieje Aleksandra Smolara na rządy kobiet mogą być odczytywane
dosłownie tylko przez tych, którzy nie doceniają błyskotliwej inteligencji tego
autora.

Czy to lis, czy to Ibn Ladin?

Zbrodniarz to kuzyn rewolucjonisty. Kariera, jaką zrobiły w kręgach nowej lewicy
teksty markiza de Sade, nie jest przypadkiem. Przemoc okazuje się być formą
samowiedzy oraz "transgresji" mieszczańskiego porządku. Dewianci i przestępcy są
ofiarami społeczeństwa oraz "tradycyjnej" rodziny. Ale zwichnięcie psychiki wyrywa
ich percepcję z okowów stereotypu i obłudy. Spoza nich widać autentyczny świat. Meki
Majcher jest mędrcem, jego ofiara - mieszczanin, przedsiębiorca, staromodny mąż i
ojciec - ostoją represyjnego porządku. Tyradom o prawach mniejszości od dawna
towarzyszą zachwyty nad opisami "rozkoszy noża". Profesor Maria Szyszkowska: "Słynna
‘Opera za trzy grosze’ Brechta wzbudziła we mnie nieoczekiwanie podziw
dla żyjącego pełną gębą rzezimieszka". Dla odprężenia jeszcze raz Konrad Lorenz.
Opisał on zwyczaje argusów, które zdają się doskonale odwzorowywać sytuację mężczyzn
w Starym Świecie. U tych azjatyckich ptaków - z rodziny pawiowatych - schlebianie
gustom samic doprowadziło do wyewoluowania u samców gigantycznych lotek ramieniowych.
Są one barwne i piękne, przyciągają wzrok, ale uniemożliwiają latanie. Argusy stały
się ociężałe i mało bojowe. Pojawienie się lisa z reguły prowadzi do zagłady całej
lokalnej populacji tych ptaków. Czy społeczeństwo otwarte ma prawo eliminować
Hannibala i jego piękne słonie z transkulturowego dialogu, zatrzaskując im przed
nosem swoje odrzwia? Czy Jane Fonda - która w latach 60. przez Radio Hanoi wygłaszała
do amerykańskich żołnierzy pacyfistyczne odezwy w stylu księdza Musiała - stawi czoło
międzynarodowemu terroryzmowi? Czy pani Jaruga-Nowacka obroni nas przed epigonami
Marka Pola, arcymistrza socjalistycznego absurdu? Czy panie z "Bez dogmatu"
zabezpieczą nas przed bandytami wypuszczanymi z więzień pod byle pretekstem i prawem,
które przewiduje drakońskie kary za molestowanie, orzekane na podstawie domniemania
winy? Owszem, niech nami rządzą Thatcher, Rice i Gilowska. Niech panna Bilewiczówna
dyscyplinuje "oficjerów" pana Kmicica i jego samego (zwłaszcza, gdy ten oprócz
Butrymów gromi na wizji teczkowe listy). Niech mężczyznami sterują Heloizy, Laury i
Maryle. Warto zaryzykować i złożyć swój los w dłonie wszystkich tych agentek
patriarchatu. Ale lyotardowska "mała dziewczynka" niech się lepiej zajmie swoją
Barbie i jej potulnym partnerem. Jeśli chce, może nawet Kenowi ukręcić łebek.
Napisał: Paweł Paliwoda skomentuj
2007-10-28 19:17:13 | *.*.*.* | olgierd
Blizna, załóż sobie bloga, a jak nie potrafisz to powiedz, pomogę Ci. Spamerze. skomentuj

bezczelna reklama:

Firma Prawnicza Lege Artis
www.LegeArtis.org

O mnie
Olgierd Rudak
Jesteś na stronie czasopisma internetowego "Lege Artis", które ukazywało się od 17 listopada 2006 r. do 16 maja 2014 r.
Najnowsze komentarze
2017-10-13 06:09
Gina Acampora:
O ochronie wizerunku złodziei
Nazywam się Gina Acampora i rozmawiam dzisiaj jako najszczęśliwszy człowiek na całym dzikim[...]
2017-10-10 01:40
jance:
Uważajcie na oszustów sprzedających samochody z UK
Witam wszystkich, Nazywam się Ketesha Frank, jestem z Alabama, Stanów Zjednoczonych, jestem tu,[...]
2017-10-05 19:48
ArturZpl:
Rekordowe odszkodowanie za spam
Teraz to też my będziemy mogli starać się o odszkodowanie. Szukając informacji na ten temat -[...]
2017-10-02 10:03
CARO CATO:
Uważajcie na oszustów sprzedających samochody z UK
¿Necesita dinero para iniciar un negocio propio ...? ¿Necesita dinero también pagar[...]
2017-09-04 13:15
Walls:
Uważajcie na oszustów sprzedających samochody z UK
Dobry dzień,   Jesteśmy prawowitym, renomowanym rządowym pożyczkodawcą. Jesteśmy firma[...]