Pamiętacie historię pozwu przeciwko Wikipedii? (nb. w sprawie jest apelacja, za parę dni będzie wyrok). Okazuje się, że tego rodzaju roszczenia mogą iść znacznie dalej.
Oto Wolfgang Werle, człowiek, który w 1990 r. zamordował aktora Waltera Sedlmayera -- za co odsiedział 18 lat za kratami (wyszedł w ubiegłym roku na podstawie warunkowego zwolnienia) -- domaga się dziś od Wikimedia Foundation usunięcia jego nazwiska z hasła poświęconego swojej ofierze. Ściśle: usunięcia z anglojęzycznej wersji hasła, bo w niemieckiej wersji hasła nazwiska Werlego już nie ma. Było, ale nie ma, bo jak się okazuje -- za Odrą mają takie prawo, że jak ktoś już swoje odsiedzi i wyjdzie, to nie można mu przypominać jego zbrodni, ani nawet wspominać jego nazwiska w kontekście popełnionego przestępstwa. Zaś niemieckie sądy potrafią chronić nawet prywatność niekwestionowanych morderców...
(W sumie muszę przyznać, że to bardzo wygodne: ciekaw jestem, czy rodziny Himmera, Hoessa czy Dirlewangera też mogą liczyć na taki przywilej?)
Mordercy -- przypomnijmy: facetowi, który został prawomocnie uznany winnym i który nie zaprzecza swojemu udziałowi w zabójstwie -- nie wystarczy, że jego rodacy nie poczytają o jego związkach ze śmiercią Sedlmayera Teraz chce, żeby nazwisko Wolfgang Werle całkowicie zniknęło z annałów internetu -- i pamięci ludzkiej? -- w zestawieniu z osobą swojej ofiary. W tym celu wynajął prawników z kancelarii Stopp&Stopp, oni zaś wysłali do Wikimedia Foundation wezwanie do usunięcia nazwiska sprawcy (warto poczytać ten lakoniczny acz wymowny dokument).
Oto próbka argumentacji, która kładzie mnie na łopatki:
Jego [tj. Wolfganga Werle] rehabilitacja i dalsze życie poza system więziennictwa jest poważnie zagrożone wskutek waszej niechęci do anonimizacji wszelkich artykułów związanych z zabójstwem Pana Waltera Sedlmayra oraz zaangażowania naszego klienta [w tę zbrodnię].
Równocześnie pełnomocnicy Werlego winszują sobie, w imieniu mordercy, nie mniej niż 5100 euro tytułem każdego naruszenia jego praw, zastrzegają możliwość dochodzenia zadośćuczynienia za "emotional suffering" wyrządzone mu wskutek ujawnienia jego nazwiska oraz, last but not least, zgłaszają żądanie zwrotu poniesionych kosztów adwokackich.
Chociaż od bezskutecznego upływu terminu zakreślonego przez Stoop&Stoop minęły już prawie dwa tygodnie, Wikimedia Foundation nie zareagowała.
W interesujący sposób sprawę komentuje Electronic Frontier Foundation: jeśli gdziekolwiek wprowadzone przepisy o cenzurze będą obowiązywać na całym świecie, tylko dlatego, że dzięki powszechnemu internetowi można słowa te przeczytać w każdym miejscu, to wkrótce nie będziemy mogli zapoznać się z np. z prawdziwą historią Falun Gong -- tylko dlatego, że nielegalny reżim chiński sobie tego nie życzy.
Myślę, że faktycznie warto wziąć to sobie do serca. Nawet jeśli jest się administratorem polskiej Wikipedii i ma muchy w nosie -- przypomnijmy sprawę ex-księdza Węcławskiego aka Tomasza Polaka i jego żony to podobny przypadek; szkoda, że tu zwyciężyła potrzeba autocenzury.




Jam to nie chwaląc się ostatnio zmienił treść artykułu na "30 kwietnia 2008 przyjął
rodowe nazwisko żony: Polak" dodając stosowne przypisy. Ale opór występował...
Wróciłem do tej dość kuriozalnej sprawy po tym, jak w kolejnym artykule raczej
sympatyzująca z profesorem Gazeta Wyborcza nie omieszkała wspomnieć, że się ożenił i
zmienił nazwisko na rodowe swojej żony. Jedyną "informacją prywatną" co do której
tutaj bym się zgodził, że nie jest istotna to personalia żony (przynajmniej dopóki
sama czymś się nie zasłuży na obecność w Wiki). Tak samo razi mnie w biografiach
celebrytów dopisywane tabloidowe wzmianki typu ma żonę Krysię, córkę Marysię, synka
Tomka i psa Fafika... No kaman, to ma być encyklopedyczna informacja?
Podstawową wadą a i zaletą takich wewnętrznych ustaleń (jak to się ładnie nazywa
"konsensusów") Wikipedii jest to, że nigdy nie są one ostateczne. Co jakaś frakcja
ustali, to albo będzie musiała tego non-stop pilnować przed zmianami, albo za pół
roku, czasem dłużej ktoś gdzieś znajdzie, przeczyta, zdziwi się czemu jeszcze tego
nie ma i dopisze. To będzie jeszcze łatwiejsze, jak Google się rozpędzi i po
wszystkich książkach zaindeksuje roczniki wszystkich gazet :>
I jeszcze w kontekście tego typu sporów warto wspomnieć sprawę Trona:
http://prawo.vagla.pl/node/5961, który na polskiej Wikipedii zawsze zwał się Boris
Floricic, chociaż ktoś uzbrojony w pierwszy wyrok niemieckiego sądu w tej sprawie
usiłował to zmieniać.
http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Boris_Floricic&diff=2327853&oldid=2327830
Jak widać, bliższa koszula ciału i żale polskiego profesora, chociaż kiepsko
umotywowane, mają na Wikipedystów większy wpływ, niż twarde (chociaż później
uchylone) opinie niemieckich sądów. skomentuj
sewe, więc chyba i encyklopediom, i Wikipediom też może przystoić? Że hasło się nieco
zmieniło, zauważyłem -- ale dym dymem. (Plus błąd procesowy pt. "jednak możemy
zmienić treść hasła" ;-)
Sprawę Trona pamiętam (aczkolwiek dziękuję za przypomnienie); i chyba faktycznie
temat polega na tej samej zasadzie prawnej. I raczej niespecjalnie ma bezpośredni
związek z ochroną dóbr osobistych, ile właśnie z "zatarciem pamięci". skomentuj
Kto "możemy"? Jakoś sobie nie przypominam, żeby w tym przypadku oficjalnie ingerowała
Wikimedia Polska... Nie pomnę kto się znalazł w gronie zwolenników ścisłej ochrony
prywatności byłego księdza, ale władze fundacji chyba bym zapamiętał, gdyby się
pojawiły. A nawet jakby tam wypowiadał się osobiście prezes to co to zmienia?
Możliwośc edytowania czy nawet administrowania Wikipedią nie jest w żaden sposób
powiązana z członkowstwem w stowarzyszeniu. Gdyby ktoś tam kategorycznie twierdził że
"nie możemy zmieniać haseł" to byłby dopiero błąd procesowy! Obrona (i to skuteczna,
jak się okazało) polegała na wykazaniu, że z "możemy" nie wynika "musimy" czy nawet
"powinniśmy". skomentuj
Fakt zawsze pozostaje faktem i to publicznym i nic tu nie pomoga prawa do
prywatnosci skomentuj
Chciałbym zwrócić tu uwagę na sens instytucji zatarcia. Sens instytucji więzienia
jest taki, że kiedyś z niego przestępca wyjdzie i zacznie normalne życie. Gdyby miał
wyjść i robić to samo, nie byłoby racjonalnego uzasadnienia dla pozostawienia go przy
życiu. A ciężko zacząć normalne życie, gdy wszyscy wiedzą, że jest on np mordercą.
Jeśli nie będzie mógł się dostosować do normalnego społeczeństwa, to zepchnie go to
ponownie do świata przestępczego.
Jeśli chcemy pozbawić kogoś możliwości resocjalizacji, to skończmy z hipokryzją i
wydajmy wyrok śmierci. skomentuj
normalne życie."
Znaczy ma być jak z Kmiciciem? "Przeto wiadomo czynimy całemu stanowi rycerskiemu,
mianowicie zaś ludziom wojskowym i świeckim, urzędy mającym cuiusvis dignitatis et
praeeminentiae, oraz wszystkiemu obywatelstwu Wielkiego Księstwa Litewskiego i
naszego starostwa żmudzkiego, że jakiekolwiek gravamina ciążyłyby na urodzonym a nam
wielce miłym panu Andrzeju Kmicicu, chorążym orszańskim, te coram jego następnych
zasług i chwały zniknąć z pamięci ludzkiej mają, w niczym czci i sławy pomienionemu
chorążemu orszańskiemu nie ujmując"?
Tak to mógł orzec tylko miłościwie panujący z Bożej łaski król Jan Kazimierz. I to
tylko w drodze wyjątkowej łaski wobec wyjątkowego zbrodniarza, który odkupił winy w
równie wyjątkowy sposób.
Sądy obecnie niedawno orzekły, że pewna prezentująca "wulgarny i wyuzdany" styl bycia
piosenkarka musi się godzić z określeniem "blachara" w piosence innego piosenkarza;
wcześniej wobec duchownego kierującego radiem też oddalił pozew za porównanie bodajże
do Goebbelsa argumentując, że skoro sam bezpardonowo krytykuje różne osoby, to sam
musi się liczyć z podobną krtyką.
Wobec mordercy dożywotnie piętno po krótkim więzieniu to i tak bardzo łagodna kara w
porównaniu ze śmiercią. Że nie będzie mógł sobie uchodzić za spokojnego, szanowanego
obywatela w swoim dawnym miejscu zamieszkania i środowisku? Trudno; niech je zmieni.
Musi od razu iść do świata przestępczego? Świat niskowykwalifikowanych pracowników
fizycznych, dla których nie jest wymagane zaświadczenie niekaralności jest otwarty
dla każdego. Zresztą czy wyrok za zbronie nie ulega w końcu zatarciu?
"skończmy z hipokryzją i wydajmy wyrok śmierci."
Potrzebujesz podpisów pod stosowną inicjatywą ustawodawczą? Możesz na mnie liczyć! skomentuj
oznacza, że nie można o kimś mówić "to on to zrobił". Nie można z tego wyciągać
konsekwencji prawnych, ale mówić -- można.
@ Y: nawet nie wiedziałem, że "sprawa blachary" już zakończona. Umknęło. Muszę
poszukać.
@ VaGla: tę grafikę sam zmiksowałem z dwóch dostępnych plików. Ciekawe czy uprawnieni
będą dochodzić swoich praw ;-) skomentuj
prostu wymyśliłem sobie taki wzór, wydłubałem, odbiłem w tuszu, zeskanowałem,
zwektoryzowałem). I nie mam problemu żadnego, bo akurat tę grafikę wrzuciłem na
Commons Wikipedii jako "public domain". Mówię tylko, że "fajny stempel" :) Tu jest
źródło:
http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Censored_rubber_stamp.svg skomentuj
;-) Tom szczerze mówiąc nawet nie wiedział, a i chyba z żadnego svg go nie ściągałem. skomentuj
Prawidłowo nazwisko brzmi "Sedlmayr". skomentuj
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7253631,Przez_Poznan_idzie_Marsz_Rowno
sci___relacja.html
I tu żonatość mu nie przeszkadza. A swoich pretensji do Wikipedii jakoś nigdy nie
raczył odwołać skomentuj
Może wysłał sprostowanie do Wyborczej? skomentuj
http://blip.pl/s/20598993
Ciekawe kiedy polska wersja? Jakby co: to nie ja :) skomentuj