2007-02-07 14:54
Motto na dziś:
Nie, dziś nie będzie o podatkach. O podatkach raczej nigdy nie będzie, bo się nie znam: nie lubię, nie rozumiem. Najchętniej bym nie płacił ale na emigrację do któregoś z przemiłych rajów podatkowych jeszcze mnie nie stać. A, wiem jedno: są za wysokie no i powinien być tylko zryczałtowany osobisty (tak zwą go biurokracji - normalny człowiek mówi na to "pogłówny").
Ja się chciałem zapytać Moich Kochanych Czytelników: kto z Was przepis ten zrozumiał? Bo ja go nie rozumiem, ale domyślam się, co powinienem zrobić, żeby go zrozumieć:
- sprawdzić co jest w art. 29 ust. od 2 do 22, a także w art. 30, 31, 32, 119 oraz art. 120 ust. 4 i 5,
- odłożyć sobie tę wiedzę na bok,
- sprawdzić w ustawie co to "kwota należna" (usłużny ustawodawca podał mi to w kolejnym zdaniu - często jest tak, że muszę sprawdzać gdzieś na początku ustawy),
- sprawdzić definicję dotacji i subwencji w rozumieniu tej ustawy (może być w innych przepisach, nie wiem tego),
- zgadnąć co to jest "inna dopłata o podobnym charakterze mająca bezpośredni wpływ na cenę",
- zerknąć jakie są zasady pomniejszania czegoś tam o kwotę należnego podatku,
- a na koniec wiedzę tę jakoś pozbierać, wymieszać, poukładać i usystematyzować sobie.
Szczerze Państwu powiem: ja się do takiego zadania nie biorę bez kartki papieru albo otwartego Gedita, bo to się robi całkiem niezłe działanie logiczne na operatorach, których nawet nie potrafię ponazywać.
(OK, w tym momencie pięćset tysięcy Czytelników zamyka stronę, bo nie będą czytać idioty, który "nie umi" zrozumieć prostego przepisu. Ale pozostałe sześć milionów skapowało o co mi chodzi - i czyta dalej. No to ja piszę dalej.)
Problem bierze się z tego, że nasz kochany ustawodawca (460 posłów, 100 senatorów, jakieś komisje, podkomisje, rady legislacyjne, komórki we wszystkich 30 ministerstwach) ściga się sam ze sobą w ilości i skomplikowaniu norm prawnych. Dowód? W siermiężnym 1986 r. ukazało się 48 tomów dziennika ustaw, w 1996 r. już 158, zaś rok 2004 zamknęliśmy rekordowymi 286 numerami (sejm obecnej kadencji się nie popisał, w 2006 r. zaatakowano nas wyłącznie 251 dziennikami ustaw). A wszystko dlatego, że się później mogą posłowie i marszałek przechwalać "jesteśmy bardziej pracowici, bo dowaliliśmy 1001 niepotrzebnych aktów prawnych".
Zresztą - to dygresja troszkę na marginesie - furda tam ustawy. Gdyby to były same ustawy to nie byłoby problemu. Problemem są rozporządzenia wykonawcze, które są produkowane masowo, często zastępują się co miesiąc, rzadko ministrowie pamiętają o tym, aby w kolejnym rozporządzeniu wprost napisać, że poprzedni akt regulujący jakąś sferę został uchylony... A że mamy tych ministrów coraz więcej - jest przecież taki minister co to jeszcze niedawno koleją na mecze jeździł i przez okno krzyczał - i każdy z nich musi uzasadnić swoje istnienie - Prawo Parkinsona działa.
Zostawmy jednak akty wykonawcze, weźmy się znów za ustawy. Prawo telekomunikacyjne z 2004 r. ma 235 artykułów, poprzednia ustawa (z 2000 r. - długo nie pożyła) miała ich "zaledwie 151"). Ale co tam, ustawa o partiach politycznych z 1997 r. to 64 artykuły, jej poprzedniczka z 1990 r. miała artykułów... osiem. Cytowana na wstępie ustawa o VAT (z 2004 r.) to 176 artykułów oraz 9 załączników, podczas gdy poprzednia wersja miała ledwie 56 artykułów (i 10 załączników). Prawo puchnie a my prawnicy tracimy wzrok, czas i rozum czytając to wszystko. Kto nam zapłaci za zdrowie, za okulary, za czas? Nikt, chyba że się oflagujemy i zablokujemy parę dróg żądając od rządu interwencyjnego skupu nadwyżki ustawowej (tzw. "górka legislacyjna").
Nie chce mi się już pisać o języku tych aktów prawnych. Definicje są tak najeżone pułapkami i piętrowymi odwołaniami do innych definicji, które są wprost zależne od innych definicji - przoduje w tym choćby prawo telekomunikacyjne - że znów bez karteczki i notowania wszelkich zależności się nie obejdzie. Po prostu sen szaleńca.
Czy może być prościej? Pewnie i może, ale wymagałoby to na pewno zdjęcia nogi z gazu przez naszych bohaterskich posłów i ich doradców, może przywrócenia sesyjności obrad parlamentu, może konstytucyjnego wydłużenia vacatio legis.
Można też próbować tak jak ponoć robili w parlamencie Austro-Węgier: przed uchwaleniu nowego prawa wołać po woźnego i dawać projekt do czytania. I dopóki prosty człek nie zrozumie o co wielmożnemu państwu chodzi, dopóty deputowani mają tekst czyścić.
Zgadzam się, że normy powinny być możliwie ogólne i abstrakcyjne, że nie ma już czasu ani miejsca na tak szczegółowe przepisy jak np. sławetny art. 182 kc (w ramce poniżej) bądź wesołą trzódkę z art. 829 pkt 3 kpc ("jedna krowa lub dwie kozy albo trzy owce"). Nie da się pisać kodeksu "a kto krowę ukradnie niechaj dwa talary zapłaci, a kto trzy krowy lub siedem świń niech sześć talarów, a kto mięso w piątek zjada pół sestercji odprowadzi".
Można jednak starać się upraszczać sobie życie. Czego sobie i Państwu serdecznie życzę.
§ 1. Rój pszczół staje się niczyim, jeżeli właściciel nie odszukał go przed upływem trzech dni od dnia wyrojenia. Właścicielowi wolno w pościgu za rojem wejść na cudzy grunt, powinien jednak naprawić wynikłą stąd szkodę.
§ 2. Jeżeli rój osiadł w cudzym ulu nie zajętym, właściciel może domagać się wydania roju za zwrotem kosztów.
§ 3. Jeżeli rój osiadł w cudzym ulu zajętym, staje się on własnością tego, czyją własnością był rój, który się w ulu znajdował. Dotychczasowemu właścicielowi nie przysługuje w tym wypadku roszczenie z tytułu bezpodstawnego wzbogacenia.
"Podstawą opodatkowania jest obrót, z zastrzeżeniem ust. 2-22, art. 30-32, art. 119 oraz art. 120 ust. 4 i 5. Obrotem jest kwota należna z tytułu sprzedaży, pomniejszona o kwotę należnego podatku. Kwota należna obejmuje całość świadczenia należnego od nabywcy. Obrót zwiększa się o otrzymane dotacje, subwencje i inne dopłaty o podobnym charakterze mające bezpośredni wpływ na cenę (kwotę należną) towarów dostarczanych lub usług świadczonych przez podatnika, pomniejszone o kwotę należnego podatku."
[ustawa o podatku od towarów i usług, art. 29 ust. 1]
[ustawa o podatku od towarów i usług, art. 29 ust. 1]
Nie, dziś nie będzie o podatkach. O podatkach raczej nigdy nie będzie, bo się nie znam: nie lubię, nie rozumiem. Najchętniej bym nie płacił ale na emigrację do któregoś z przemiłych rajów podatkowych jeszcze mnie nie stać. A, wiem jedno: są za wysokie no i powinien być tylko zryczałtowany osobisty (tak zwą go biurokracji - normalny człowiek mówi na to "pogłówny").
Ja się chciałem zapytać Moich Kochanych Czytelników: kto z Was przepis ten zrozumiał? Bo ja go nie rozumiem, ale domyślam się, co powinienem zrobić, żeby go zrozumieć:- sprawdzić co jest w art. 29 ust. od 2 do 22, a także w art. 30, 31, 32, 119 oraz art. 120 ust. 4 i 5,
- odłożyć sobie tę wiedzę na bok,
- sprawdzić w ustawie co to "kwota należna" (usłużny ustawodawca podał mi to w kolejnym zdaniu - często jest tak, że muszę sprawdzać gdzieś na początku ustawy),
- sprawdzić definicję dotacji i subwencji w rozumieniu tej ustawy (może być w innych przepisach, nie wiem tego),
- zgadnąć co to jest "inna dopłata o podobnym charakterze mająca bezpośredni wpływ na cenę",
- zerknąć jakie są zasady pomniejszania czegoś tam o kwotę należnego podatku,
- a na koniec wiedzę tę jakoś pozbierać, wymieszać, poukładać i usystematyzować sobie.
Szczerze Państwu powiem: ja się do takiego zadania nie biorę bez kartki papieru albo otwartego Gedita, bo to się robi całkiem niezłe działanie logiczne na operatorach, których nawet nie potrafię ponazywać.
(OK, w tym momencie pięćset tysięcy Czytelników zamyka stronę, bo nie będą czytać idioty, który "nie umi" zrozumieć prostego przepisu. Ale pozostałe sześć milionów skapowało o co mi chodzi - i czyta dalej. No to ja piszę dalej.)
Problem bierze się z tego, że nasz kochany ustawodawca (460 posłów, 100 senatorów, jakieś komisje, podkomisje, rady legislacyjne, komórki we wszystkich 30 ministerstwach) ściga się sam ze sobą w ilości i skomplikowaniu norm prawnych. Dowód? W siermiężnym 1986 r. ukazało się 48 tomów dziennika ustaw, w 1996 r. już 158, zaś rok 2004 zamknęliśmy rekordowymi 286 numerami (sejm obecnej kadencji się nie popisał, w 2006 r. zaatakowano nas wyłącznie 251 dziennikami ustaw). A wszystko dlatego, że się później mogą posłowie i marszałek przechwalać "jesteśmy bardziej pracowici, bo dowaliliśmy 1001 niepotrzebnych aktów prawnych".
Zresztą - to dygresja troszkę na marginesie - furda tam ustawy. Gdyby to były same ustawy to nie byłoby problemu. Problemem są rozporządzenia wykonawcze, które są produkowane masowo, często zastępują się co miesiąc, rzadko ministrowie pamiętają o tym, aby w kolejnym rozporządzeniu wprost napisać, że poprzedni akt regulujący jakąś sferę został uchylony... A że mamy tych ministrów coraz więcej - jest przecież taki minister co to jeszcze niedawno koleją na mecze jeździł i przez okno krzyczał - i każdy z nich musi uzasadnić swoje istnienie - Prawo Parkinsona działa.Zostawmy jednak akty wykonawcze, weźmy się znów za ustawy. Prawo telekomunikacyjne z 2004 r. ma 235 artykułów, poprzednia ustawa (z 2000 r. - długo nie pożyła) miała ich "zaledwie 151"). Ale co tam, ustawa o partiach politycznych z 1997 r. to 64 artykuły, jej poprzedniczka z 1990 r. miała artykułów... osiem. Cytowana na wstępie ustawa o VAT (z 2004 r.) to 176 artykułów oraz 9 załączników, podczas gdy poprzednia wersja miała ledwie 56 artykułów (i 10 załączników). Prawo puchnie a my prawnicy tracimy wzrok, czas i rozum czytając to wszystko. Kto nam zapłaci za zdrowie, za okulary, za czas? Nikt, chyba że się oflagujemy i zablokujemy parę dróg żądając od rządu interwencyjnego skupu nadwyżki ustawowej (tzw. "górka legislacyjna").
Nie chce mi się już pisać o języku tych aktów prawnych. Definicje są tak najeżone pułapkami i piętrowymi odwołaniami do innych definicji, które są wprost zależne od innych definicji - przoduje w tym choćby prawo telekomunikacyjne - że znów bez karteczki i notowania wszelkich zależności się nie obejdzie. Po prostu sen szaleńca.
Czy może być prościej? Pewnie i może, ale wymagałoby to na pewno zdjęcia nogi z gazu przez naszych bohaterskich posłów i ich doradców, może przywrócenia sesyjności obrad parlamentu, może konstytucyjnego wydłużenia vacatio legis.
Można też próbować tak jak ponoć robili w parlamencie Austro-Węgier: przed uchwaleniu nowego prawa wołać po woźnego i dawać projekt do czytania. I dopóki prosty człek nie zrozumie o co wielmożnemu państwu chodzi, dopóty deputowani mają tekst czyścić.
Można jednak starać się upraszczać sobie życie. Czego sobie i Państwu serdecznie życzę.
§ 1. Rój pszczół staje się niczyim, jeżeli właściciel nie odszukał go przed upływem trzech dni od dnia wyrojenia. Właścicielowi wolno w pościgu za rojem wejść na cudzy grunt, powinien jednak naprawić wynikłą stąd szkodę.
§ 2. Jeżeli rój osiadł w cudzym ulu nie zajętym, właściciel może domagać się wydania roju za zwrotem kosztów.
§ 3. Jeżeli rój osiadł w cudzym ulu zajętym, staje się on własnością tego, czyją własnością był rój, który się w ulu znajdował. Dotychczasowemu właścicielowi nie przysługuje w tym wypadku roszczenie z tytułu bezpodstawnego wzbogacenia.
Kategoria
paragraf 22




Przepisy mogą być nawet i skomplikowane, byle by się nie zmieniały za często. skomentuj
zjawiska podlegającego regulacji. skomentuj
w łatwy i przyjazny albo w drętwy i niezrozumiały sposób.
Przecież doprowadzający mnie do biegunki art. 23 ust. 2 pr.aut. można było
sformułować w sposób jednoznaczny: można / nie można / raz / wielokrotnie. A tak mamy
jakiś bohomaz. skomentuj
Ja tam do roju i krów nic nie mam :-). Art. 29 ust. 1 to najgorzej napisany przepis,
jaki w życiu czytałem. Nie wiem czy dałoby się go jeszcze gorzej napisać.
Niestety wszystko wskazuje na to, że nie będzie lepiej. Gorączka legislacyjna trwa w
najlepsze…
Na ten rok i następne zapowiedziano szereg wielkich „premier”.
Spodziewany jeszcze w lecie nowy kodeks pracy. Nowy KPC chyba zdążą uchwalić w
przyszłym roku. Mówi się o nowym kodeksie cywilnym. Oraz mój konik- ustawa
dopuszczająca skargę zbiorową chyba jeszcze w tym roku. Zmian w prawie i procedurze
karnej nie wspomnę. Trwają też prace nad nowelizacją prawa autorskiego. Jak znam
życie to zamieszania i problemów będzie sporo.
Nie mówię, że wszystkie te zmiany są niepotrzebne np. skarga zbiorowa nam się przyda.
Chodzi jednak o jakość i sens zmian. To sztuka napisać dobrą ustawę. Zazwyczaj nowa
ustawa nie rozwiązuje problemów ustawy poprzedniej a do tego tworzy nowe.
System prawa precedensowego działa znacznie lepiej. Tam przynajmniej można jakieś
rozwiązanie na potrzebę konkretnego wypadku wymyślić a nie szukać w ustawach.
Nie trzeba wołać woźnego. Wystarczyłoby, aby posłowie sami starali się przeczytać to,
co uchwalają a będzie o nieeeebo lepiej. Swoją drogą wielu posłów nie zostałoby
woźnymi w sejmie. skomentuj
lat i niech się jeszcze nim pozajmują, lepszy raczej nie będzie.
Co do precedensu: podzielam zdanie w całości! Jeny, o ile byłoby prościej gdyby
sędziowie nie bali się wyjść czasem poza ciasne ramy kodeksu.
Co do posłów: no comments. Ja bym pomyślał o jakimś cenzusie ale to jest
niedemokratyczne (podobno). skomentuj
przepis! Wszystko przez sraczkę ustawodawczą... skomentuj
tak nie czyta jak kc i kpc - ja to nawet karnego nie rozumiem (bo nie lubię).
Tak, cenzus IQ plus wykrywacz kłamstw plus podstawy kindersztuby plus parę zakazów -
dla przewalaczy, bankrutów, szalbierców - powinno nieco przerzedzić naszą izbę
wspaniałą.
Wówczas na spokojnie można by pomyśleć o zmniejszeniu liczby posłów do 99 oraz
senatorów do 16. skomentuj
Mój mąż posiada pasiekę(hobby); dzięki za wyjaśnienie jakie sa jego prawa w okresie
rójek, chociaż bez tej wiedzy też sobie radził juz sporą ilośc lat...:) skomentuj
Tak, dla mnie przedziwny jest szczególnie par. 3 - nie znam się na pszczołach ale
czuję, że są jakieś metody, żeby je zwabić do innego (konkurencyjnego) ula, co
oznacza łatwe pomnożenie majątku przez tegoż właśnie bartnika. Ciekawe.
Pozdrawiam :-) skomentuj
Witaj Olgierd!
O ostatnim przepisie pisałem na swoim blogu:
http://luckyluke.bblog.pl/wpis,puszczenie;baka;w;salonie;,713.html Również miałem
kilka wątpliwości do tego przepisu. Zapraszam! skomentuj