Warto zapamiętać: jeśli podejmujesz jakieś działania, o których będzie się publicznie mówiło, albo oczekujesz zajęcia się Twoją sprawą np. przez organ administracji, nie dziw się, że oni tam później będą "przetwarzać Twoje dane osobowe". To może wydawać się niepojęte, ale zdarza się, że ludzie dość często oczekują post factum ochrony ich danych w sytuacji, kiedy sami zaczęli pewną procedurę.
Takie dwa przypadki, oba z życia wzięte, w tym jeden z orzecznictwa WSA:
- kierując wnioski i doniesienia do urzędów trzeba się liczyć z tym, że -- a to w ramach postępowania, a to w związku z koniecznością przekazania pism -- pisma te będą krążyć między różnymi urzędami. A wraz z nimi krążyć będą nasze dane osobowe (imię i nazwisko, adres), przy czym -- zważywszy, że "przysługujące każdemu prawo do ochrony dotyczących go danych osobowych nie ma charakteru absolutnego, bowiem przetwarzanie danych może mieć miejsce ze względu na dobro publiczne, dobro osoby, której dane dotyczą lub dobro osób trzecich w zakresie i trybie określonym ustawą" -- skoro sami oczekiwaliśmy od urzędu zajęcia się naszą sprawą, nie możemy później skarżyć się na bezprawność przetwarzania tychże danych osobowych.
Do takich -- całkiem logicznych przecież -- wniosków prowadzi lektura wyroku WSA w Warszawie z 10 lutego 2010 r., II SA/Wa 1783/09, oddalającego skargę wniesioną przeciwko GIODO przez niezadowoloną obywatelkę, która o swoim ponoć pijącym i rzekomo nadużywającym przemocy konkubencie powiadomiła policję, burmistrza, starostę, złożyła wniosek o skierowanie go na leczenie odwykowe -- a następnie zdziwiła się, że urzędnicy zajmowali się jej zgłoszeniami, przy okazji właśnie przetwarzając jej dane osobowe;
- i sprawa nr 2 (z mojego życia codziennego): twórca głośnego w swoim czasie, acz kontrowersyjnego ze względu na swoiste podejście do danych osobowych serwisu internetowego pozwalającego na wyszukanie numerów telefonów różnych osób (o sprawie było dość głośno jakieś 3 lata temu, pisała o tym prasa, a ów człowiek chętnie się wypowiadał dla dziennikarzy) zwraca się z żądaniem usunięcia jego danych osobowych opublikowanych "bez jego wiedzy i zgody" wraz z jego wypowiedziami (to cytat z listela). Przyczyna? Serwis został sprzedany, człowieka już nic z tym nie wiąże, więc nie życzy sobie takich asocjacji.
Dobre pytanie: jak można bez wiedzy i zgody udzielać wypowiedzi dziennikarzowi (warto też zauważyć, że art. 3a ust. 2 UoODO w szerokim zakresie wyłącza działalność prasową spod zakresu przepisów o ochronie danych osobowych), ale jeszcze lepsze -- dlaczego "przetwarzanie" tych danych było jeszcze niedawno OK, ale teraz już można żądać usunięcia swego nazwiska z opublikowanego wywiadu?
Dlatego też zainteresowany otrzymał odmowę i -- teraz ja czekam na zapowiedziane "wezwanie na piśmie, poleconym".
Ogólnie jak widać nie wszystko złoto co się świeci, nie zawsze też przekazanie bądź pokazanie naszego nazwiska oznacza bezprawne przetwarzanie danych osobowych. Może się bowiem okazać, że albo przepis szczególny wyłącza stosowanie ustawy, albo też, że przekazanie danych będzie uzasadnione celem przetwarzania lub koniecznością wykonania ustawowego obowiązku.




Czyli co Olgierdzie, drugi proces o pietruszkę? Będzie "deżawi". skomentuj
I to jest jeden z powodów dla którego nie mam blogaska ;) skomentuj
Rzeczywiście w poprzednim* chodziło o Usenet a nie blogi. Idziesz z duchem czasu.
(* - jeśli nadal nie kojarzysz to mała podpowiedź: także broń obuchowa pochodzenia
wschodniego ;-)) skomentuj
codzienne to w sumie życie zawodowe).
Zresztą broń się uspokoiła ogólnie ostatnio. skomentuj
http://di.com.pl/news/30927,1,0,Nie_ma_sposobu_na_nielegalna_baze_danych_abonentow_TP
.html skomentuj
Hmmm...a czy aby Fredro troszke inaczej nie mowil? Czy aby ten cytat nie jest
uwspolczesniony? ;-) Skoro "Lege Artis" to czy nie powinno byc dokladnei tak jak
trzeba? skomentuj
literówkę. Podobnie jak ze "stolcem" swego czasu. skomentuj